Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 80s. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 80s. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 listopada 2021

Temperówki różne, stare i nowsze

Ostrzegałam, że ten mój cały powrót do pisania tutaj może nie mieć nic wspólnego z regularnością - i jak widać niewiele się pomyliłam...

(Swoją drogą wiecie, że poprzedni post był setnym w dziejach bloga? Taka ciekawostka.)

Większość mojej wieloletniej kolekcji temperówek pokazałam prawie dekadę temu w tym poście. Ale oczywiście na zdjęciach zabrakło pomniejszych nowszych modeli, kilku "z epoki" trzymanych w innym miejscu oraz paru egzemplarzy, które przypadkowo nabyłam dużo, duuużo później. Tak się złożyło, że w moim fotograficznym archiwum udało mi się znaleźć parę zdjęć tych wszystkich pominiętych strugaczek i myślę, że idealnie nadadzą się na osobny wpis.

Zdjęcie ze stycznia 2011 roku. Oto wyjątek od reguły, bo temperówka-telewizorek z lat 80. pojawiła się wśród całego zbioru w linkowanym wpisie. Ale tutaj mamy niezłe zbliżenie, które lepiej oddaje jej aktualny stan. Takie "strugawki" robiła Spółdzielnia Rzemieślnicza "Otwock", znana również jak producent PRLowskiej "polskiej Barbie", czyli nienachalnie urodziwej Lizy. Ta konkretna temperówka, dostana po starszej kuzynce, oryginalnie posiadała inny obrazek - taki, jak na tym egzemplarzu widzianym kiedyś na Allegro. Niestety rozsypała się w pewnym momencie tak dokumentnie (nie jestem pewna, czy nie za sprawą intensywnej zabawy dwóch kolejnych kilkuletnich dziewczynek), że moja mama postanowiła ją uratować jak i czym się dało, używając w miejscu nie nadającej się już do niczego oryginalnej grafiki sfatygowanej ulotki od mojego pierwszego zestawu Lego. No cóż, pierwotny efekt trójwymiarowości przepadł - ale za to moje lalki mogły oglądać filmy o prawdziwych piratach, ahrrrr!



Zdjęcia z marca 2017. Przybory szkolne z wodą i brokatem - linijki, temperówki etc. - były ostatnim krzykiem dziecięcej mody na przełomie tysiącleci. Nic więc dziwnego, że gdy w trzeciej czy czwartej klasie podstawówki zobaczyłam taką u koleżanki, od razu zapragnęłam mieć podobną. A czemu kupiłam aż dwie? No cóż. Gdy za pierwszym razem odwiedziłam sklep papierniczy, w którym je sprzedawano, nie było różowego modelu z muszelką, który mi się marzył, więc wzięłam jaki był, czyli ten zielony z rozgwiazdą. Upragnioną wersję dokupiłam jakiś czas później. Obie temperówki leżały osobno, w szufladzie biurka, poza pudłem z całą kolekcją, bo przez parę ładnych lat były normalnie używane. Wody troszeczkę z nich wyparowało, ale jak widać nadal piękne. Tylko tamtego sklepu już nie ma - od co najmniej 2012 roku sprzedają w tym miejscu ubrania.


Zdjęcia z lutego 2015 i mniej więcej wtedy te trzy cudaczki wpadły mi w ręce. Bodaj w tym samym sklepiku "wszystko za 5 złotych", w którym jakiś rok wcześniej zdobyłam pokazywane na blogu puszki-strugaczki z bohaterami "Włatców móch". Ale miałam i nadal mam niejasne wrażenie, że sam model może być duuuużo starszy. Starczy wspomnieć, że to dokładnie taki sam styl temperówek, jak zebrana w latach 90. większość mojej kolekcji: czyli gumowa figurka ze strugawką w podstawie. W dodatku misiaki-absolwenci są uderzająco podobni do dostępnej w obiegu za czasów mojego dzieciństwa serii, do której należy między innymi posiadana przeze mnie misiowa panna w fartuszku i spotkany na Allegro miś-kucharzyk. Co robiły fabrycznie nowe temperówki na modłę lat 90. w 2015 roku? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, ale fajnie, że je mam.
Gościnnie na zdjęciu wystąpili miniaturowa TARDIS w swoim pudełku oraz dinozaur znaleziony przypadkowo na poboczu w drodze na działkę. Mały plastikowy gad miał trafić do mojego siostrzeńca ciotecznego, ale najpierw młody był za mały na taką figurkę, a potem tak się ociągaliśmy z przekazaniem mu znajdy, że nie wiadomo kiedy zrobił się na nią chyba ciutkę za duży...

(Tak. Nie powycierałam kurzy do zdjęcia. Cóż, nie przewidywałam, że kiedyś pójdą do internetów.)

poniedziałek, 4 maja 2015

Strawberry Shortcake (1980)

Nie mam czasu na lalki.
To widać, skoro od końca lutego nie raczyło się tutaj nic pojawić. A ostatni konkret w postaci faktycznego egzemplarza to łuuuu... w styczniu.

Powodów może być parę. I zapewne jest. Nigdy nie ukrywałam, że mam wiele naprawdę różnorakich zainteresowań i nad mało którym hobby potrafię się skupić porządnie na dłużej. Najczęściej prędzej czy później zaczynam się nudzić. Słabsze osobniki odpadają, jak to mówią niektórzy. Lokalne lumpy biednieją - poza nielicznymi przybytkami trudno jest upolować jakieś sensowne ciuchy, że o innych rzeczach już nie wspomnę. Częściej wolę wydać kasę na płytę albo coś fajnego do ubrania niż na kawałek plastiku. A i są inne rzeczy, które pozwolę sobie przemilczeć, ale niektórzy pewnie wiedzą, what I mean.

Tak czy siak jakoś po Nowym Roku swoje podwoje otworzył świeży second hand we Wrocku, który jako jedyny bodaj łamie złą passę, bo notorycznie wynoszę stamtąd ledwie używane ciuszki, portfele z Dalekami, a w marcu nawet jakąś pannę...



W takim była mniej więcej stanie, gdy ściągnęłam ją z usłanej zabawkowym stuffem wszelkim półki. Na początku trochę nie dowierzałam, odłożyłam ją na miejsce, przeszłam się znowu po sklepie, wróciłam, zgarnęłam i poszłam do kasy. Przecież nie codziennie trafia Ci się vintage we własnych ciuchach za psie pieniążki, czytaj 2 złote.
Bo szybko się zorientowałam, z kim mam do czynienia. Strawberry Shortcake, u nas znana dzięki kreskówkom jako Truskawkowe Ciastko. Zabawka, która jak wiele z tych z lat 80. zaczęła od bycia motywem drukowanym na pocztówkach, który spodobał się na tyle, że potem - w tym przypadku w 1979 roku - przeszedł do innych mediów. I, co więcej, mimo przerw trzyma się jako marka do tej pory. Chociaż producentów zmienia: od Kennera poprzez Bandai aż po Hasbro (więcej szczegółów tutaj). Już mając swój egzemplarz w ręku, po krótkim przeglądzie Sieci, dzięki tej zacnej stronie rozpoznałam w nim model z drugiej fali z 1980 roku. Mimo pewnych wątpliwości, że może to jednak być o rok późniejsza lalka z serii ze zwierzątkami. Te rozwiało uważniejsze przyjrzenie się zdjęciom nierozpudełkowanych albo ledwo-co-rozpudełkowanych Truskawek - starsza ma malunek twarzy zrobiony czerwoną farbką tak, jak moja, nowsza zaś pomarańczową.

Fotki podkradzione stąd i stąd.

Tyle w tym pozytywu, że do kompletności brakowało mi tylko butów i grzebyka, a nie butów, grzebyka i kotka :P
Nie wiedzieć, czemu - może z tej radości, co to ja zdybałam właśnie - nie zwróciłam większej uwagi na stan fryzury wygrzebanego skarbu. Pomacałam i optymistycznie założyłam, że pod naciągniętą na głowę czapeczką panienka ma wszystkie włosy. Rzeczywistość okazała się być mniej różowa, że tak zażartuję.



Przypuszczam, że Kenner raczej takiej fuszerki by nie odwalił i ktoś nieszczęsnej lalce włosy po prostu wyskubał. Być może z pomocą grzebyka, który pierwotnie posiadała. Podczas odświeżania Truskawki spróbowałam jakoś opanować to, co pozostało, korzystając z faktu, że skoro do tej pory czapeczka idealnie kryła łysinkę, to równie dobrze może robić to dalej.




Oryginalnie lalki Strawberry Shortcake z tej serii pachniały różnymi owocami lub też słodyczami, każda zgodnie ze swoim imieniem. Biorąc pod uwagę, że mamy tu takie postacie, jak - w moim bardzo wolnym tłumaczeniu - Jabłkowa Kluska, Borówkowa Babeczka, Jagodowy Placek, Cytrynowa Beza, Malinowa Tarta, Morelka czy Kwiat Pomarańczy, to... cóż, musiało być słodko. Domniemuję, bo na moim egzemplarzu nie zachowało się choćby niuchnięcie. Tylko typowy szmateksowy smrodek. Bleh. Jedyne pachnidło o woni zbliżonej do truskawkowej, jakie posiadałam wówczas pod ręką, to poziomkowe mydło w płynie. Nie do końca pomogło.
Jak widać na ostatnim powyższym obrazku, ciałko nie jest szczególnie skomplikowanej budowy, a upływ czasu stosunkowo szpetnie odbarwił tułów. Z ciekawostek dodam, że na podeszwach stóp znajdują się niewidoczne na zdjęciu otwory. Czy mają coś wspólnego z butami czy raczej z procesem produkcyjnym - tego nie wiem i pewnie się nie dowiem.

A tak Truskawkowe Ciastko wygląda po odszczurzeniu:



Chociaż fartuszek sukienki gdzieniegdzie się przeciera, a rajtuzki są lekko odbarwione i wyciągnięte na palcach, nie mogę narzekać. To naprawdę wdzięczna mała laleczka i nawet bez butów absolutny must-have dla każdego miłośnika lat 80. Czy to w kwestii zabawek, czy w ogóle.



Panienka ma pewien detal, który mnie absolutnie urzekł, a mianowicie zaokrąglone dłonie z uroczo wyprostowanym małym paluszkiem u tej prawej. Ten szczegół pomaga w identyfikacji, bo pierwsza generacja z 1979 miała dłonie proste...






Truskawka to trzecia w moim zbiorze lalka wyprodukowana w mojej ulubionej dekadzie i druga pod względem starszeństwa w ogóle - chociaż w ogóle nie wygląda na swoje 35 lat ;) Wyprzedza ją starsza o 4 wiosny Ballerina Barbie, tuż za nią plasują się zaś Rainbow Brite i Aja z serii Jem and the Holograms, młodsze kolejno o 3 i 6 lat. Może i to nie jest za wiele, ale jak dla mnie w sam raz. Swoją drogą niezły przekrój zabawkarskiej mody tamtych lat to daje.


A biorąc pod uwagę nadejście wiosny i pojawienie się na moim balkonie kwiatów w kolorze pasującym do truskawkowego kaszkietu, żegnam was takim oto obrazkiem ;D

sobota, 17 stycznia 2015

Jem and The Holograms Aja (1986)

Dawno tutaj nie mówiło się o żadnej nowej lalce, a przynajmniej takiej, która trafiła koniec końców do mnie, a nie do mocno nieletnich jeszcze członków nieco dalszej rodziny. Ostatni nowy nabytek przewinął się przez bloga... hmmm... w maju? Trochę czasu minęło jednak. Wspominałam niedawno, że nie mam zbytnio szczęścia do napotykania jakichkolwiek pozycji z mojej wishlisty gdziekolwiek, taaa? Poprawka na czas przeszły - nie miałam.

Czasami człowiekowi zależy na jakiejś lali tak mocno, że jest zdecydowany kupić ją nawet gołą i w stanie mocno nieraz odbiegającym od idealnego, byleby tylko ją mieć. Zwłaszcza, jeśli to jakiś model, którego nigdy nie sprzedawano regularnie w Polsce i który ma już ładnych parę lat. Dlatego widząc na Allegro okazję, by zdobyć właśnie taką pannę, upragnioną chociaż "nadgryzioną", za cenę w sumie 20 złotych, po stosunkowo szybkim przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw (nie oszukujmy się, lubię kupować egzemplarze posiadające chociaż w części własne ciuchy i nie mające za sobą spotkania z nieletnim fryzjerem) włączyłam się w licytację. Byłam jedyna, więc wiadomo, jak się to skończyło.
Wylicytowałam, pojechałam na swój kolejny studencki tydzień do Wrocka i wróciłam, aby zastać w domu paczkę.


Była spora i wyjątkowo solidnie zabezpieczona. Dłuższą chwilę zajęło mi rozgrzebywanie warstw papieru, kartonu i folii różnej, w tym bąbelkowej. Co by nie mówić, sprzedająca naprawdę spisała się na medal - dam głowę, że pakunek przetrwałby przejazd walca drogowego i rozdeptanie przez słonia.

A w środku była ona.


Od niemal samego początku mojego lalkowania marzyłam o jakiejś panience z serii Jem and The Holograms. Tej oryginalnej, bo wydania Integrity wtedy nawet jeszcze nie było, a i ichnie wersje podobały mi się tylko przez chwilkę. Cóż, mając do wyboru autentyczny produkt lat 80. i współczesną replikę, ten pierwszy zawsze smakuje lepiej... Zwłaszcza, jeśli ubóstwia się wszystko, co związane z tą dekadą.
Po krótce wyjaśniając tym, którzy nie wiedzą, o co chodzi: była to seria lalek stworzona przez Hasbro, potem też związany z nią serial (powiedzmy sobie szczerze - czy były jakieś zabawki tej firmy, które wtedy nie dorobiły się własnej kreskówki? :D). Główna bohaterka, panna nazwiskiem Jerrica Benton, usiłuje utrzymać odziedziczone po ojcu wytwórnię płytową i sierociniec, występując incognito jako Jem, liderka babskiej kapeli nazwanej The Holograms - bo jej alter ego to wytwór holograficznego komputera, kolejnego prezentu od taty. Żeby nie było nudno, jest jej chłopak Rio, który nie wie, że Jerrica i Jem to ta sama osoba, a podobają mu się obie, jest niecny Eric Raymond próbujący przejąć majątek Bentonów, do tego wielkie fryzury w nieprzyzwoitej ilości barw, kolorowe stroje, duuuuuużo muzyki i oczywiście konkurencyjna grupa, te "niegrzeczne" w formie The Misfits, których piosenki zgodnie z tekstem openingu "są lepsze". I wiecie, co? Faktycznie tak jest xD
Z rzadka widywałam Hologramki na polskich serwisach aukcyjnych. Gdzieś śmignęła mi kiedyś Jem z pierwszym, ładniejszym headmoldem, innym razem bezskutecznie próbowałam wylicytować małą Ba Nee. Na Aję - gitarzystkę The Holograms i jedną z przyjaciółek Jem - napatoczyłam się już wcześniej. Dlaczego nie wzięłam jej od razu? Cholera wie. Tak czy siak trafiła do mnie.



Moje pierwsze wrażenie było mniej więcej takie: "Jezu, jaka duża. Jezu, jaka ciężka!". Hasbrowe pierwowzory miały gumowe nie tylko nogi, ale również ręce, co daje świetną artykulację, ale swoje waży. Do tego ruchome nadgarstki, talia na "kulce", mocarnie rozkraczające się nogi i można szaleć. Przy tym wszystkim lalka zachowała sensowną, proporcjonalną i wcale nie anorektyczną sylwetkę z uwielbianymi przez niektórych zbieraczy stopami i linią mostka.

Niestety moja Aja, oryginalnie obdarzona czupryną sięgającą niemal łokci i ładną grzywką, została bezecnie ostrzyżona. Czymże sobie ta bidula na to zasłużyła, nie mam pojęcia.





Patrząc na to, co ostało się ze wspomnianej grzywki, wnioskuję dziubanie nożyczkami z premedytacją. Ciężko jest z tym zrobić cokolwiek, dlatego poważnie obmyślam odłożenie odrobiny grosza i poproszenie kogoś wprawnego o reroot.

Ząb czasu (albo czyjeś wredne działanie) nadgryzło również facepaint. Nie mówię tu o lekko startej lewej brwi czy najprawdopodobniej "poprawianych" ustach. Lalka miała pierwotnie poza wyrazistym makijażem oczu detale na policzkach - niebieską smużkę i gwiazdkę, takie jak pokazano tutaj. Ktoś je zmazał na tyle dokładnie, że sprzedająca najpewniej nawet nie zorientowała się, że czegoś brakuje i stan egzemplarza poza włosami uznała za idealny. Nie mam jej tego za złe. Nawet wiedząc o tym od samego początku i tak bym ją kupiła.
Swoją drogą przy okazji czytania tej strony można zauważyć detal, który pozwolił mi na stuprocentową identyfikację Aji jako pierwszego jej wydania. Całe uszy bez dziurek. Dopiero w drugiej edycji panny otrzymały kolczyki.


No i sygnatura. Mimo braku różnic w ciałkach pomiędzy pierwszym rokiem a drugim wybijana na plecach data zmieniała się. Ja mam tu tę najwcześniejszą.


Poza tym lala jest faktycznie w świetnym stanie jak na niemalże 30-latkę. Lekko odbarwiona z wiekiem twarz uwidacznia się przy robieniu fotek z lampą, gołym okiem jest to niewidoczne. Różowy cień na powiekach rozjaśnił się do bieli. To chyba taki ogólny problem różnych elementów u różnych modeli, związany z nadmierną ekspozycją na światło - jasnoróżowe włosy Jem również mają tendencję do "bielenia się". Pomimo wszystko Aja ma nadal wiele wdzięku i chociaż nie była nigdy moją faworytką wśród Hologramek (chorowałam okropnie głównie na Synergy, BaNee i... Rio, poza tym faworyzowałam Shanę i Roxy), cieszę się okropnie, że ją mam. Tym bardziej, że zgodnie z kanonem jej postać jest Amerykanką o chińskich korzeniach, co czyni ją pierwszą mniej lub bardziej Azjatką w moich zbiorach.



Zastanawiam się tylko, w co ja odzieję tę moją olbrzymkę. Jem and The Holograms są nie tylko większe od Basiek, ale również potężniejsze, co bardzo ogranicza noszenie przez te pierwsze ubranek od tych drugich. O stopach rozmiaru "jak podolski złodziej" już nie wspomnę. Z mojego i tak mocno skromnego zbiorku lalkowych kreacji absolutnie nic nie nadawało się dla Ajki, dlatego chwilowo pozostaje goła. I tu następuje ogłoszenie drobne - gdyby ktoś, gdzieś, kiedyś trafił na jakiekolwiek ubrania dla Hologramek, niekoniecznie na strój mojej panny (wyprodukowano sporo innych ciuszków w dodatkowych fashion packach), odkupię z pocałowaniem ręki. Ewentualne wykroje do szycia tej przyjmę, bo jakoś podczas moich podróży po Internecie nie natrafiłam na żadne, a podziubać coś samemu też mogę. Dla takiej gwiazdeczki warto.




A czy Ty masz już swoją Hologramkę? Warto. Dla odrobiny koloru w kolekcji naprawdę warto :)

I tym optymistycznym akcentem kończę, żeby wrócić do cichego jarania się tym cacuszkiem. Na razie, pa.

sobota, 13 września 2014

Były sobie figurki

To naprawdę zabawne uczucie, gdy podczas sprzątania na dysku i szykowania zdjęć do zgrania na płytki odnajdujesz folder z fotkami, które zaczęłaś robić z myślą o blogowej notce... rok temu. Tak. Wszystkie mają datę 2 sierpnia 2013. Wprawdzie jestem typem, który często odkłada coś na potem i w efekcie kończy to faktycznie o wiele później niż planowano, ale to jednak lekkie przegięcie...

Najlepsze jest to, że mniej więcej pamiętam okoliczności tej sesji, w tym i powód jej przerwania. Chciałam wykorzystać słoneczny dzień, coby obfocić kolejne skarby z moich szaf rodem. Nie przewidziałam jednak tego, że ów dzionek okaże się być zbyt słoneczny, temperatura dojdzie do ponad 30 stopni, ja tak się spocę, że aparat będzie mi się ślizgał w dłoniach, a i akumulatory z powodu przegrzania odmówią posłuszeństwa. Dlatego nie obrobiwszy całości tak, jak to planowałam, zeszłam w cień, a sprawę postanowiłam dokończyć nazajutrz. Oczywiście zapomniałam.
Dlatego do rzeczy.


Gumowe figurki popularnych postaci z kreskówek. Każdy, kto wychowywał się w późnych latach 80./wczesnych 90. to zna. Ci drudzy mimo wszystko w jakby lepszym wydaniu, ale nie uprzedzajmy faktów. Ja dzięki temu, że odziedziczyłam po starszej kuzynce trochę takich typowo "osiemdziesiętnych" figurek, miałam i mam całkiem namacalne porównanie.



Zacznijmy od gumowych wersji Kaczora Donalda i jego niezidentyfikowanego siostrzeńca. Wprawdzie kolor koszulki sugerowałby, że to Hyzio, ale kto może wiedzieć, czym kierował się malujący - u figurek z tego okresu trafny dobór farbek nie zdarzał się aż tak często. Nie mam również bladego pojęcia, dlaczego teoretycznie mały kaczorek jest o pół głowy wyższy od swojego wujaszka. Drugie zdjęcie dodałam, aby pokazać lepiej stan daszka od czapki, który zapewne spotkał się kiedyś z dziecięcymi zębami. Zaznaczę, że nie moimi. Ja wolałam ołówki i kredki.



Słabo widoczne napisy na stopach obydwu kaczorów dają pewną wskazówkę, co do ich pochodzenia. Wychodzi na to, że odlano je w formach dość bezczelnie zdjętych ze skądinąd naprawdę dobrych figurek niemieckiej firmy Bullyland, wówczas znanej jako po prostu Bully. No cóż, takie pirackie czasy były...


Zdjęcia oryginałów pożyczone z ebay.com. Różnica jest jednak uderzająca. No i Hyzio tak naprawdę jest Dyziem. Cóż.

W praktyce wychodzi, że odlewy jednak nie były do końca dokładne - o ile Bullylandowy siostrzeniec zdaje się stać bez problemów, klonik utrzymuje równowagę na słowo honoru, a najczęściej bezceremonialnie ląduje na dziobie.


Jednak lwią część mojego zbioru stanowią Smerfy. Mimo, że z serialu wyrosłam dosyć szybko, dodatkowa ilość figurek dla dziecka zawsze jest okej. Zwłaszcza, że nikt nie zobowiązywał do przestrzegania prawideł pierwowzoru w zabawie... w efekcie czego moje Smerfy kończyły najczęściej tocząc wojnę w okopach z drewnianych klocków - z postaciami Disneya, z Gargamelem, a zdarzało się, że nawet z samymi sobą xD
Tutaj szczęśliwie bohaterowie są do siebie podobni, może za wyjątkiem biednego Klakiera. Jakkolwiek wchodzenie w szczegóły nie wychodzi tu na dobre tak naprawdę nikomu.



Osiłek (obdarty tu i ówdzie z niebieskiej farby - nie do końca dobrze zniósł eksploatację), chociaż ma odpowiedni tatuaż, wygląda trochę, jakby ktoś chciał zrobić z niego Człowieka Dwie Twarze z uniwersum Batmana :D Miało to w sumie dobre strony w trakcie zabawy, ale musicie przyznać, że jest to trochę śmieszne.


A ten flecista w ogóle wygląda... dziwnie. Spróbujcie spojrzeć mu w oczy. Flet zdaje się kiedyś pokryty był srebrną farbą, której resztki zachowały się na ustniku.


Druga "transza" gumowych Smerfów w rzeczywistości trafiła do mnie jako pierwsza, w stanie NRFB i w sposób dość typowy dla wczesnych lat 90. - kupione na bazarze "u Ruskich". Nie da się ukryć faktu, że ich pochodzenie trochę widać po jakości... Z różnych gatunkowo tworzyw, pomalowane dość niedokładnie, każdy jakby innym rodzajem farby. Ale wtedy to nie było ważne. Grunt, że się pojawiły i można było się nimi bawić. No i Gargamel. Posiadanie tego łysiejącego faceta w zbiorze figurek nie było aż takie powszechne.


W efekcie wszystkich tych niedoróbek, które wymieniłam, na przykład ten kucharzyk (czyżby jakiś wariant Łasucha?) wygląda, jakby ubrudził sobie nos niesionym przez siebie kurczakiem i dlatego ronił łzę xD Niestety z utrzymaniem równowagi też bywało różnie. Wbrew temu, czego można się spodziewać oglądając tylko zdjęcia, nie wywracał się po stronie talerza, ale po stronie... swojego zadka. Źle wyprofilowane nogi robią swoje.



Mimo, że naprawdę szybko wyzbyłam się brzydkiego nawyku niszczenia zabawek, niektóre figurki padały ofiarami moich dziwnych dziecięcych eksperymentów. Nie chciałam ich psuć, ale weź tu w wieku kilku lat oprzyj się pokusie sprawdzenia, co Smerf uznany za Zgrywusa ma w swoim prezencie? Albo jak Gargamel rozkroiłby niebieskiego stworka, gdyby wreszcie go dorwał i mógł w spokoju skonsumować? W dodatku na nieszczęście tego jednego delikwenta, wśród mojej w gruncie rzeczy niedużej kolekcji filmów wideo był odcinek serialu, w którym Żabole miały wesoły plan oskubania elfów ze skrzydełek, a Smerfów z braku czegokolwiek sensowniejszego z ich "małych, niebieskich ogonków". Efekty tych wszystkich operacji widzicie na załączonych obrazkach. A to wszystko dokonywane powoli i delikatnie drewnianym nożykiem do smarowania, dołączonym do opakowania popularnej wtedy margaryny. Szczęście w nieszczęściu, że przestałam, zanim zaczęłam siać nadmierne spustoszenie na tym biedaku.


Smerf z pieniążkiem uniknął takiego losu i przetrwał w stanie niemal nienaruszonym, jeśli nie liczyć lekkich otarć złotej farby, którą przecież tak fajnie się dotykało setki razy.
Tylko, że...


... już w fabryce sprzedano mu mało przyjemny prezent - ktoś nałożył za mało gumy i przez to koleżka ma wyjątkowo nieładną dziurę w czapce.



Oooo, a tej pani należy się dłuższe przedstawienie. Chociaż podobnie jak paru jej kolegów zawsze miała problemy ze staniem prosto, a z wiekiem pod wpływem używania zaczęła jej pękać wyprostowana ręka, zdawała się mieć u mnie szczególne względy. Bo przecież to Smerfetka-kowbojka! Jej animowany pierwowzór chyba nigdy nie osiągnął takiego poziomu fajności. Gumowa dziewoja została ochrzczona imieniem Smerfina i spędzała czas na walce z potworami, wspinaczkach w niebezpiecznych miejscach i porywaniu księżniczek :D Wklęśnięcia z przodu stóp to właśnie efekt jednej z takich przygód, kiedy wpakowała się na zrobionego z szelek węża. A to były mocne szelki. Z metalowymi klamrami.

Po latach udało mi się dojść, że obie grupy moich smerfowych figurek również są kopiami - tym razem egzemplarzy produkcji firm Schleich i Bullyland. Pod tymi linkami możecie znaleźć fotki niektórych oryginałów na całkiem ciekawym blogu z vintage'owymi gumowymi Smerfami: klik, klik, klik, klik, klik, klik.



Niestety sesyjka urywa się na Gumisiach. Jak widzicie, udało mi się po trochu skompletować całą drużynę, za wyjątkiem Kabiego. I lunety Zamiego, którą powinien był mieć ;) Z tego, co pamiętam, nie były aż tak tanie, ale za to jakościowo - marzenie! Może dlatego, że markowe. Zgodnie z informacjami znalezionymi w Sieci wyprodukowała je firma Applause, znana nam w Polsce chyba głównie z zabawek z legendarnych katalogów Brio. Chociaż wystające elementy z czasem potrafiły się odłamać. Wałek Buni był sklejany, Grafi jak widać stracił czubek swojej maczugi. Nie definitywnie, leży odłożony w bezpiecznym miejscu i czeka, aż znajdziemy jakiś patent, żeby to nareperować.
Widoczne niedobory farby to efekt kolejnego mojego doświadczenia z lat dziecinnych. Otrzymawszy na początku podstawówki własne biurko z lampką, postanowiłam zobaczyć, co się stanie, jeśli poprzykładam Gumiśki do zapalonej żarówki... Na szczęście szybko się zorientowałam, że to nie był najlepszy pomysł, także gromadka ma tylko parę przytopionych plamek, a ja przez kilka lat odrabiałam lekcje przy świetle posmarowanej czymś kolorowym żarówki.

Być może kiedyś się ogarnę i sfotografuję z bliska resztę gromadki, okraszając ujęcia kolejnymi anegdotkami. Dowiedzielibyście się, kto miał odłamane ucho i parę lat przeleżał schowany w ozdobnej cukierniczce, kto - podobnie jak biedny Zgrywus - był nacinany nożykiem do margaryny, komu poprawiałam krzywy malunek korektorem, komu wcisnęłam na nos pierścionek mamy i nie mogłam potem zdjąć... Kiedyś na pewno. Ale obiecuję, że nie będziecie czekać na to kolejny rok ;D