Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kloniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kloniki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 stycznia 2016

Na Nowy Rok / Na wystawach, na witrynach (4)

Nigdy nie ukrywałam, że prywatne i mocno nie na temat posty na okołolalkowych blogach mnie drażnią i dlatego u mnie takowych nigdy nie było, ale - jak to śpiewał niejaki Czesław Mozil - nawet zasady są zmienne. Chociaż jakby się tak zastanowić, w pewnym stopniu to będzie na temat. A w drugiej połowie wrzucę jakieś zdjęcia, żeby mieć czyste sumienie.

Pierwszy wpis w 2016 roku i pierwszy wpis od ponad trzech miesięcy. Sygnalizowałam coś niecoś poprzednim razem, że sporo się u mnie pozmieniało z niewesołych przyczyn, ale nie sądziłam wtedy jeszcze, że skutki tego będą aż tak dalekosiężne. I może na takim wyjaśnieniu poprzestańmy.

Tak lalkowanie, jak i szeroko pojęte, że tak to nazwę, "zabawkowe kronikarstwo" zeszły na wyjątkowo daleki plan. Ostatnie zdobycze pod postacią Kucyka Pony z 1 generacji i maskotki igrzysk zimowych z 1994 roku nadal leżą w takim stanie, w jakim zostały wyłowione z lumpeksowego kosza, zawinięte w foliowy worek i ukryte w którejś szafie. Od prawie pół roku wmawiam sobie, że niedługo się nimi zajmę. Długie się zrobiło to niedługo. Nie będę robić dramy, jakby mi się od takiej sytuacji miał zawalić świat, bo od takich pierdół świat się nie wali. Widocznie są ważniejsze rzeczy do załatwienia na ten moment. Jest taki brzydki, dorosły zwrot. "Zmiana priorytetów". Brzydki, ale prawdziwy.

Z rzadka czytuję blogi (i w dodatku nie komentuję, wybaczcie mi), z równie rzadka wędruję po Allegro. Nieco częściej siedzę na forach i Flickrze. Tylko, że nie mogę wyzbyć się wrażenia, że w jakimś stopniu przestałam pasować do lalkowego towarzystwa. To trochę zabawne. Wszelkie fandomy i inne środowiska hobbystyczne są świetną kryjówką na ciężkie czasy. Ale kiedy już uda Ci się wyjść na prostą i powrócić do stanu poprzedniego/ułożyć sobie wszystko na nowo, okazuje się, że przestajesz tam pasować. Ogólnie jest ciężko być umiarkowanym w takich okolicach, a w tego typu okolicznościach to staje się jeszcze bardziej skomplikowane. Nie chcę wyjść na ostatniego, jak to mawiał klasyk, sobka i niewdzięcznika i twierdzić, że niczego lalkowemu fandomowi nie zawdzięczam, bo jednak zawdzięczam sporo. Tyle, że nie czuję się już w nim zbyt dobrze. Nigdy nie potrafiłam identyfikować się z utyskiwaniem na brak artykułowanego ciałka u lalki przeznaczonej na rynek dziecięcy, biadoleniem nad "niewłaściwym" uzabawkowieniem jakiejś disneyowskiej księżniczki czy krucjatą przeciwko stereotypowi kolekcjonera najgoręcej prowadzoną przez tych, którzy są tego stereotypu najdokładniejszą ilustracją - ale teraz, z perspektywy moich ostatnich przejść, to wszystko stało się szczególnie... po prostu błahe.
Nie miejcie mi tego za złe.

To nie jest tak, że rzucam nagle moje wieloletnie hobby i znikam. Nadal pozostaję dostępna tam, gdzie do tej pory byłam. Pewnie gdy się trochę unormuję czasowo, to napiszę tutaj to i owo. Tylko zostawiam taką notkę, żeby nikt się nie dziwił, dlaczego blog obrasta kurzem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

A teraz, zgodnie z obietnicą, łagodzące offtopowatość pierwszej części wpisu zdjęcia.


Zwykły, kellypodobny klonik przybrany w piękny strój ludowy. Laleczka wypatrzona na witrynie jeleniogórskiej Cepelii gdzieś w maju 2015. Czy raczej, jak to się parę lat temu szumnie i z angielska nazwali, na witrynie sklepu Folk & Art. Turyści i tak pytają o Cepelię.




Też z maja i też z Jeleniej, tym razem z witryny jednego z tych efemerycznych szmateksów, które niby oferują fajne ciuszki, ale głównie dziecięce i znikają maks po roku z mapy miasta. Jak widać, tutaj mieli też fajne zabawki. Świnka, mamut Maniek z "Epoki lodowcowej" i przypadkowo złapana w kadr na drugim zdjęciu lalka, zapewne porcelanka. Rozważałam zakup Mańka dla siostrzeńca ciotecznego, żeby miał do kompletu z już posiadanym legendarnym Wiewiórem, ale nie zdążyłam, bo urok słoniowatego trafił również do kogoś, kto był szybszy ode mnie.



A to coś, co młody już posiada. Uroczy, chodzący piesek na baterie. Charakterystyczna mordka trafnie zasugerowała mi, że to na bank jakaś zabawka z uniwersum Littlest Pet Shop i miałam rację - Littlest Pet Shop Walking Puppy Dog. Brązowy z zielonymi oczami. Tak, brzmię jak Kapitan Oczywistość, ale to wbrew pozorom nie jest takie jasne, bo jak wskazuje wujek Google psiak występuje w wielu wariantach kolorystycznych. Z niebieskimi oczami, ciemnobrązowy, biały w czarne łaty, biały w brązowe łaty... W głowie się może zakręcić. Tak czy siak rzecz niebywale sympatyczna! Siostrzeniec zdążył już wymyślić dla niego imię. Znajdek. I to, jak deklaruje, zupełnie sam.



I na koniec dwa z jego ogromnej kolekcji samochodów. Bo mały najbardziej lubi dwie rzeczy. Zwierzątka i auta. W wypadku ciężarówek i wywrotek, które sporo potrafią zmieścić "na pace", da się je nawet połączyć :D Autobus jest fajny, a auto strażackie po naciśnięciu guzika daje sygnały świetlne i dźwiękowe, jak na wóz służb ratunkowych przystało. My, dorośli, po którymś naciśnięciu dostajemy szału. Młody jest nieustająco zachwycony. I to jest chyba najważniejsze.

niedziela, 19 lipca 2015

Barter

Zdarzyło mi się rozpływać tutaj nad paroma wrocławskimi lumpeksami, ale nad tym, w którym wydobyłam między innymi bohaterkę tego wpisu chyba nie. A na pewno nie pod kątem lalkowym i te pe, bo tam zazwyczaj takich fantów po prostu nie było. Aż tu pewnego dnia wchodzę i wita mnie napis o wielkiej dostawie zabawek, zaś w głębi kilka wielkich koszy dobra zamiast zwyczajowego jednego. Czułam, że coś tam muszę znaleźć, po prostu muszę. No i znalazłam.

Najbardziej chyba uderzyła mnie duża ilość smakowitych lalek nie-baśkowych. Tutaj jakaś starsza Steffi, tutaj zacnie wyglądające kloniki, tu cała masa regionalek. Wszelkich innych rzeczy też nie brakowało, ale to... jakoś mi się tak spodobało.


A oto i moje łupy. Dwie rzeczy były dla mnie oczywiste od samego początku: Håkon, czyli maskotka igrzysk zimowych w Lillahammer w 1994 roku i kucyk, już na pierwszy rzut oka przypisany do pierwszej generacji, a po krótkim rozeznaniu rozpoznany jako Trickles. Lala pośrodku... no cóż. Podświadomie wyczułam, że musi pochodzić ze znacznie wcześniejszego okresu niż z ostatniej dekady, a już zupełnie dosłownie, że jest naprawdę porządnie wykonana. Najpierw odłożyłam ją z powrotem, stwierdziwszy, że przecież nie mam miejsca i nie mogę zbierać wszystkiego. Po dłuższej chwili wróciłam. Ta buzia za bardzo mi się spodobała.




Poza mocno wysuszonymi i napuszonymi włosami panna była w bardzo dobrej kondycji. Tak, jak już wspomniałam, to nie mógł być zwykły ot, klonik. Solidne ciałko, gumowe nogi i ręce, wszystkie łączenia jak trzeba... Miałam niejasne wrażenie, że gdzieś musiałam ją widzieć na zdjęciach w Sieci. Kluczem okazała się być sygnatura z tyłu głowy, na którą zwróciłam uwagę dopiero po sugestii kogoś z lalkowego forum.


Tajemnicza blondyna okazała się być jednym z produktów firmy Barter, kolejną totalnie nieopisaną w Internetach fashion doll z lat 90. Próbując znaleźć cokolwiek na jej temat, dokopałam się tylko do paru anglosaskich aukcji i... kilku zaprzyjaźnionych blogów xD No cóż. Wygląda na to, że musimy zostać pionierami.


Zarówno lalkę, jak i ubranko posłałam na konkretne spa. Na szczęście okazało się, że plamy na bluzce i sukience nie były zbyt uporczywe.
Po wszystkim Barterka wyglądała tak:


Włosów do stanu idealnego przywrócić się nie dało, ale i tak efekt finalny jest bardzo okej. Kiedy nie są chaotycznym wiechciem, od razu zwraca się uwagę na detale lalki. Aż się chce powtórzyć, że tak, to nie jest jakiś byle jaki klonik, poza czupryną panna od Bartera niewiele ustępuje ówczesnym produktom Mattela.




Kostiumik, w którym wydobyłam ją z kosza, chociaż również bardzo porządnie wykonany, nie skojarzył mi się z baśkowymi ubrankami. Ale dość prędko uświadomiono mi, jak bardzo się mylę - to jeden ze strojów z serii Picnic Pretty Fashions (1994).

Fotka pożyczona stąd. Jak widać brakuje mi wszystkiego oprócz ubranka.

Całość wymagała jedynie obcięcia paru wystających nitek i przyszycia guzików na nowo. Co, o dziwo, udało mi się, pomimo że jestem krawieckim antytalentem. Można? Można.



No cóż, tak z przypadkowego zakupu lala stała się powodem, dla którego postanowiłam się pozbyć Songbird Barbie i być może jeszcze jakiegoś odratowanego trupka. Zazwyczaj staram się względnie sztywno trzymać mojej wishlisty, ale są takie rzeczy na niebie i ziemi, które temu spisowi się nawet nie śniły, a które mimo to warto posiadać. Barterka właśnie jest czymś w tym stylu.





Trudno jest nie ulec tej uroczej buźce, zwłaszcza widzianej na żywo. A że włosy... cóż. Nobody's perfect. Zresztą to zawsze można zmienić, a twarzyczka i inne takie zostają. Chyba, że się dokona mocnego rebootu... ale nie mówmy o dewiacji, cytując Artura A. :P




A pozostałe łupy? Stoją w kolejce do spa i do obfocenia. Co zapewne nastąpi niedługo, bo wakacje są, czasu dużo, tylko chęci trzeba wygrzebać. Liczę po cichu na to, że tych mi nie zabraknie. Tylko niech się te upały skończą, bo nie służą ani mi ani mojej elektronice. Co najwyżej suszeniu się odszczurzonych rzeczy.

niedziela, 22 czerwca 2014

Księżniczka z krainy klonów

Dzisiaj na gościnnym i całkiem nieplanowanym występie panna napotkana w dosyć niespodziewanych okolicznościach, bo w pudle z zabawkami mojej dwuletniej siostrzenicy ciotecznej. Nie oczekiwałam, że w zbiorach dziewczynki w tym wieku znajdę lalkę tego rodzaju. Chociaż wnioskując po jej stanie, nie cieszy się chyba jeszcze zainteresowaniem - mała póki co preferuje piłki, szmaciane lalki i pluszowe misie większe od siebie ;)
Ogólnie czekała mnie mała podróż w świat targetu, do którego już od dawna nie należę. Czyli wycieczka pod hasłem "jak wyglądają lalki, którymi teraz bawią się dzieci?".



Zasadniczo można powiedzieć, że to jeden z wielu typowych, współczesnych kloników, zapewnie produkcji chińskiej, ale mimo tej ilości brokatu i różu ma w sobie coś sympatycznego. A może właśnie przede wszystkim ze względu na nie? W końcu ulubione księżniczki wszystkich małych dziewczynek powinny błyszczeć ;) Teraz, na stare lata można kręcić nosem, ale żadna się nie wyprze, że mając kilka lat wyobrażała sobie księżniczkę głównie w słodkich i połyskujących barwach.


Brunetka z niebieskimi oczami przy różowym stroju? Ciekawa kombinacja. Podobnie jak układ cieni na powiekach, ale on jednak jest po prostu... dziwny. Zwłaszcza ta zieleń. Co nie zmienia faktu, że mordka - na pewno skopiowana od któreś nowszej Baśki, czuję to przez skórę - nadal jest całkiem ładna.
Włoski lekko tylko zmierzwione w eksploatacji, w urodziwym odcieniu i miłe w dotyku, chociaż da się wyczuć sztywnawe tworzywo sztuczne, ale rootowane rzadko, dosyć dziwnie ułożone z pomocą jednej zwykłej gumki (co będzie lepiej widać na kolejnym zdjęciu), a korona/diadem... no cóż. Dopiero przy przeglądaniu zdjęć zauważyłam, że nie trzyma się na głowie tylko dzięki dobrej woli, a na plastikowych wichajstrach, którymi przyczepia się metki do niektórych ciuchów. Parafrazując tekst z jednego ze skeczy kabaretowych: chiński chwyt, ale działa.


Ciałko wzorowane na mattelowskim Belly Button, bez ruchomości w talii, z lekkiego plastiku, ale nie przypominające wydmuszki. Sygnatur nie stwierdzono, za to na plecach straszyło coś takiego:


Data przydatności do spożycia? xD
Ogólnie całe ciało sprawia wrażenie stosunkowo solidnego jak na klona, zwłaszcza, jeśli dołożymy gumowe nogi. Butów brak - bo po co podsuwać dziecku coś, co mogłoby połknąć?


Ubranko trochę jak włosy. Czyli, że ładne, że całkiem przyzwoicie się prezentuje, że żadnych prujących się nitek, ale w dotyku czuje się, że tanich włókien sztucznych ci tu dostatek, ale i te przyjmiemy, bo... bo tak.


Ot, taka ciekawostka. Można stwierdzić, że dobry klonik nie jest zły i to chyba najlepiej określa to znalezisko. Taki obecny odpowiednich klonów z moich czasów, podążający za wzorem współczesnej sobie Baśki. Kiedyś były takie, jak to my z lat 90. czy wczesnych dwutysięcznych pamiętamy, a teraz są takie. I tak pewnie najistotniejsze jest to, żeby się dzieciakom podobały. Gdybym miała te parę lat zamiast dwudziestu paru to... cóż, pewnie byłaby dla mnie w sam raz. O.


sobota, 2 marca 2013

Klonik Stella

Z całej drużyny moich starych, dobrych fashion dolls, które towarzyszyły mi czasem i przez całe dzieciństwo, przedstawiłam już niemal wszystkie. I Betty, i Skipper, i nawet Susię. Została jedna, najmłodsza. Tylko stażem, bo co do wieku, to z różnych przyczyn nie mam bladego pojęcia.


Oto Stella. Ma plastikowe, puste ciałko, nienachalnie urodziwą dziecięcą twarz i koszmarnie skołtunione włosy. To ostatnie to nie moja zasługa - laleczkę jako mały prezent z własnego zbioru dostałam od starszej kuzynki wraz z garścią ubranek w wakacje 1999 roku.
Nie wiadomo o niej nic, ponadto, że lalkę odziedziczyłam od razu z imieniem, zaś ogrodniczki ze zdjęcia to element jej oryginalnego stroju.


Biorąc pod uwagę, że to klonik, nie oczekiwałabym, że w trakcie używania jej czupryna utrzymałaby się w lepszym stanie. Ale i tak trochę smutno to wygląda. Tym bardziej, że również z powodu faktu, iż Stella to klon, nie bardzo mogę zaryzykować jakiekolwiek poważniejszych zabiegów.

Stelka jest dość śmieszną i nietypową lalką, jeśli chodzi o ciałko, dlatego chyba jako jedna z pierwszych doczeka się na tym blogu gołych fotek :P


(Majtki też odziedziczone. Nigdy nie miałam odwagi ich zdjąć, żeby się przypadkiem nie rozlazły do końca.)

Niestety czas zrobił swoje i buzia w stosunku do reszty bardzo ściemniała. Ale pomijając to, warto zwrócić uwagę na tę właśnie resztę - Stella ma praktycznie płaską klatkę piersiową i raczej wąskie biodra. W porównaniu do przeciętnej Barbie jest niższa o jakąś głowę z kawałkiem, w porównaniu do Skipper - o jakieś pół głowy. Wychodzi na to, że przedstawia bardzo młodą dziewczynkę, gdzieś 11- czy 12-letnią. Przyznajcie, czy często widzicie reprezentację kogoś w takim wieku pośród niemarkowych lal?


Niestety, z profilu bidula wygląda... jak wygląda. Nienaturalnie płaska głowa i bardzo wysoko położona linia włosów z tyłu (a w efekcie coś, co mi strasznie przypomina jakąś łysinę). Dziurki w uszach sugerowałyby, że kiedyś mogła mieć jakieś kolczyki, ale...kolczyki w środku ucha?


Malunek twarzy nierówny (przez co prawe oko wygląda, jakby miało tak zwaną leniwą powiekę) i zapewne nadszarpnięty zębem czasu, stąd brak jednej brwi i bardzo słabiutka druga. Makijażu jako takiego brak - wszak to jeszcze dziecko - nie licząc szminki, która na zdjęciach wygląda na ohydnie pomarańczową, ale w rzeczywistości słabo rzuca się w oczy.



Mimo swoich wad i niedoróbek Stella prezentuje się całkiem sympatycznie. Widać, że inspirowana była "wielkooką" Skipper z przełomu lat 80./90. I chociaż nijak nie dorównuje pierwowzorowi, jeśli chodzi o urodę, i tak zawsze była bardzo fajną zabawką i idealną najmłodszą siostrzyczką w lalkowej rodzince :)

Warto też chyba zwrócić uwagę na garderobę, z którą do mnie przyjechała. To był całkiem spory zastrzyk dla mojej skromnej kolekcji, na którą do tego momentu składało się parę ciuszków kiedyś uszytych przez moją mamę.


Stelka przyjechała do mnie w swoich własnych ogrodniczkach z dżinsowatym wzorkiem, widocznej na poprzednich zdjęciach kurtce z prawdziwego dżinsu (dzieło albo kuzynki albo - co chyba bardziej prawdopodobne - jej mamy, a mojej cioci, miłośniczki haftu) i... tylko jednym pantofelku. O drugim zapomniałam. Wprawdzie wiem, gdzie został, ale wątpię, żeby po 14 latach nadal tam był... xD


A to składa się na całą resztę. Najładniej zaprezentuje ją chyba sama zainteresowana.


Znana już z innego wpisu koszula. Nadal mnie zastanawia, czy kuzynka posiadała cały ten kostium dla Fleur (co, biorąc pod uwagę, że pewna część jej dzieciństwa przypadła jeszcze na czasy PRL i Pewexów, jest całkiem prawdopodobne) czy zdobyła ten jego kawałek w jakiś inny sposób.


Sweterek. Najpewniej ręczna robota. Na Stellę za duży, ale przez głowę przechodzi jej z trudem. Lalkom, na które byłby w sam raz (Betty, Barbie) - nie przechodzi wcale.


I sukieneczka. Z dziwnego, sklejającego się materiału i za duża - ewidentnie przeznaczona na koleżankę z dłuższymi nogami i większym biustem :P Tylko pytanie, czy znowu głowa nie utknie, bo jak widać, ma "pętelkę" do założenia na szyję.


Na koniec, bo i w sumie taki nostalgiczny wpis nam się zrobił, zdjęcie znacznie starsze, ale przedstawiające całą czwórkę moich pierwszych fashion dolls. Jedna z Mattela i trzy kloniki, z których jeden po latach okazał się mieć jakąś markę.
I kto powiedział, że byliśmy rozpuszczonym pokoleniem, które do szczęścia potrzebowało tylko i wyłącznie Basiek?

czwartek, 20 września 2012

Klonik Susia

No to nacieszylim się nowymi zabawkami, obfotografowalim... A warto wspomnieć, że remont był okazją nie tylko do wygrzebania starych katalogów, których część już umieściłam. Była i szansa, coby zrobić parę zdjęć starym zabawkom, zazwyczaj schowanym w pudłach i szafach. Wprawdzie warunki niezbyt sprzyjające fotkom (światło, pośpiech, takie tam), ale i tak jest materiał na kilka następnych notek ;)

Zaczniemy od lalki.
Ze wszystkich fashion dolls poznaliście już Betty Teen, Skipper, więc teraz pora na panią o skądinąd dość wdzięcznym imieniu Susia...


A przynajmniej tak pisze na pudełku, które jakimś cudem się zachowało. Tak, Zuza (bo tak została z miejsca przechrzczona) to pozbawiony sygnatur klonik. Może i nie lepszy ani nie gorszy od innych, ale dla mnie zawsze wspaniały, bo dostany w prezencie urodzinowym od kolegi. Zreeeesztą... wtedy nie patrzyło się aż tak, czy to Barbie, Steffie, czy klon. Wprawdzie świetnie było mieć oryginalną Baśkę, ale grunt, że fajna lalka, kolejna do kolekcji i można się jeszcze fajniej bawić.


Zuza ciałko ma puste, ale za to z obrotową talią. Włosy dość gęste, buzia ładna, dłonie poprawne, stopy raczej przeciętne. Strój skromny, ale ciekawy i wykonany całkiem starannie jak na klonika.




Nie licząc oczywiście butków, które są koślawe, trzymają się słabo, na inne lalki nie pasują i w ogóle cud, że się przypadkiem gdzieś nie zgubiły. No cóż.

... Czy ktoś zwrócił uwagę na tą odblaskowo pomarańczową, okrągłą naklejkę z pudełka?


Susia kryje bowiem w sobie pewną niespodziankę, które zdecydowanie rekompensuje jej niedostatki. Jest nią cieniutki warkoczyk niebieskich włosów, które pod wpływem ciepła zmieniały kolor na różowy...


Nadal działa. Wprawdzie to już bardziej szaroróżowy niż różowy (to tylko na zdjęciu tak ładnie wygląda), ale nie da się ukryć, że mimo upływu czasu włosy nadal są "magiczne" :D


(I w tym miejscu przypomina mi się, jak to na tym przyjęciu urodzinowym bidula spędziła większość czasu z warkoczem przykładanym do kaloryfera, tak wszystkich jarała ta sztuczka...)


Czas obszedł się z Zuzą łaskawie. Może dlatego, że byłam już trochę starsza, gdy ją dostałam?... Tak czy siak mimo ograniczonej ruchomości i wyjątkowo szerokich bioder, przez które nie dawała się wcisnąć w sporą część ubranek, była rozkoszną towarzyszką zabaw i świetną "starszą siostrą" w mojej małej lalkowej rodzince. Taką, która chodzi na lekcje tańca czy inny aerobik i mało się interesuje, co się w domu dzieje :D Teraz patrzę na nią i nie wiem, ile w tym sentymentu, ale nadal uważam ją za ładną lalę. Żarówiasto różowe body i mocny makijaż sprawiają, że ma w sobie coś z klimatu lat 80.
Może powinnam jej uszyć jakieś getry czy inny taki stuff w wolnej chwili? To wcale nie jest taki głupi pomysł.