Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 70s. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 70s. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2015

Ballerina, ubieraj się!

Frajdą jest wykopanie z otchłani jakiegoś lumpeksu starego i pożądanego (przez siebie) egzemplarza lalki, ale kiedy przychodzi do znalezienia dla niej zastępczego ubranka - bo najczęściej swojego oryginalnego już nie ma - czasami zaczynają się schody. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z Baśką reprezentującą jakąś specyficzną postać, na przykład tancerkę.


Tak, to nie jest przypadek, że użyłam właśnie tego przykładu. Mam w moim zbiorze taką, która już trochę czeka. Dlatego kiedy ktoś podszepnął, że do jakiejś barbiowej gazetki dołączyli ubranko baletnicy, stwierdziłam, że za 9 złotych można zaryzykować.


Stroje dołączane od dłuższego czasu do czasopisma "Bądź jak Barbie" nie cieszyły się dobrą prasą (hehe, taki żarcik) wśród zbieraczy. Wymiary niedopasowane nawet na współczesne playline'y, tandetne materiały, kiepskie wykonanie... Ogólnie paradoks ubranek dla Baśki, które nie pasują na Baśkę, a w dodatku kosztują 20 złotych, czyli stanowczo za dużo, bo za tę cenę można kupić całą garść ciuszków wprawdzie od Chińczyka, ale i tak lepiej zrobionych. Dlatego mimo początkowych chęci zakupu zrezygnowałam. Dopiero kiedy przy regularnej gazetce z Barbie miały się pojawić tego typu dodatki i to taniej, skusiłam się. Potem zorientowałam się, że to dokładnie ten sam komplet, który był w tej wyżej wspomnianej kolekcji. Wprawdzie dycha to nie dwie dychy, aż tak kieszeń nie boli, ale i tak śmieję się z mojej gapowatości.


Do wyboru były jeszcze pokazane powyżej sukienki, ale podejrzewam, że tak ładnie to one prezentowały się tylko na zdjęciu...



Na kostium baletnicy złożyły się sukienka, para baletek i diadem. Ten ostatni z marszu powędrował jako dodatek dla innych panien, jako że Ballerina swoje nakrycie głowy już posiada. Odlany na jak cię mogę, ale sam projekt jest fajny. Gdyby tak pociągnąć go jeszcze jakimiś farbkami, prezentowałby się nienajgorzej.


Kiecka - czy raczej powinnam rzec tutu? - sprawia lepsze wrażenie na modelce niż w plastikowym blistrze. Materiał jest dość przyjemny w dotyku, nie daje od niego sztucznością, chociaż jest elastyczny, co ułatwia wciągnięcie całości nawet na stare dobre ciałko typu TNT.


Niestety z wykończeniem jest... trochę słabo. Ramiączka z łatwo przecierającej się tasiemki raczej nie wytrzymają ciągłego ubierania i rozbierania (a nie oszukujmy się, to właśnie najczęściej robią dzieci przy zabawie), dekolt układa się brzydko i żeby to jakoś wyglądało, trzeba całość dość mocno przekrzywić. Widać to, gdy się spojrzy na rzep z tyłu i się zobaczy, gdzie on jest zamiast tam, gdzie być powinien. Pasek z cekinkami marszczy się, przy okazji wizualnie pogrubiając i skracając lalczyny tułów - całość lepiej by wyglądała bez niego. A materiał, z którego wykonano wierzchnią część spódniczki, jest koszmarnie sztywny i gdyby chcieć Baśkę posadzić, to byłby problem.



No i jeszcze jeden problem. Owa siateczka jest suto natarta brokatem. Okej, nie czepiam się, bo nie rzuca to się bardzo w oczy, a poza tym małe dziewczynki lubią błyszczące rzeczy, ale niestety świecące drobinki czepiają się chętnie. Wszystkiego poza spódnicą. Po zrobieniu tych paru zdjęć, które widzicie w tym wpisie, musiałam zbierać brokat ze swoich rąk, z miejsca, gdzie kładłam sukienkę/lalkę w sukience, wreszcie z nóg baletnicy i z tego właśnie powodu wolałam cały kostium przechowywać w oryginalnym opakowaniu, bo jak wszyscy dobrze wiemy cząstki potrafią się weżreć w gumę nieodwracalnie.


Z baletkami jak widać szału też nie było. Nie wciskałam na siłę, nie chcąc pannie uszkodzić stóp, a po dobroci dalej nie weszły. Ponoć po podgrzaniu da radę, ale z jakiej racji ja mam się specjalnie fatygować? Buty dla Barbie mają wchodzić na nogę Barbie bez żadnego problemu, koniec, kropka.


Dla porównania "kapeć" zapewne od jakiegoś nowszego modelu (jeśli mnie ktoś oświeci, od jakiego, będę wdzięczna), który w pojedynczym egzemplarzu zaplątał się gdzieś u mnie. Dobra, tak naprawdę go znalazłam na chodniku przed domem - jakaś dziewczynka na osiedlu pewnie ma teraz księżniczkę z jednym butem niczym Kopciuszek :P Wprawdzie otwieralne zapięcie się nie dopina, ale za to sama baletka pasuje pięknie. Można było lepiej? Można było.


Poszukiwania lepszego kostiumu dla baletnicy będą trwały nadal (zapewne tak długo, aż znajdę któryś z oryginalnych), ale ten jako ersatz do ewentualnych sesji zdjęciowych jest akceptowalny. Chociaż i tak nawołuję - u licha, starajcie się bardziej! Jeszcze parę lat temu drobiazgi dodawane do gazet nie były barachłem drugiej kategorii *spogląda znacząco w stronę kolekcji pierdół z W.I.T.C.H.a sprzed dekady*






Przyjdzie wiosna, zrobię Ballerinie jakieś zdjęcia na słoneczku zamiast pod lampą błyskową i może łaskawiej spojrzę na ten kawałek materiału...

sobota, 7 czerwca 2014

Baletnica ze znudzenia

Niewiele się dzieje*, napięty zaliczeniowo-sesyjny czas nadciąga, ale nie można pozwolić, aby blog się kurzył niczym ostatnio złowiona Barbie, która nadal czeka na jakieś ładne ciuszki i ogólny pomysł, co z nią zrobić. Dlatego bez zbędnych gadek trochę zdjęć mojej najcudniejszej staruszki, czyli Balleriny Barbie. Nadal bez tutu, ale i tak przepięknej - nawet w typowych dla mnie, ziejących prowizorką warunkach parapetu :D




Z racji faktu, że moja Basia okazała się być platynową blondynką, zastanawia mnie fakt, w jakich proporcjach produkowano właśnie takie w stosunku do tych o włosach w "tradycyjnym" odcieniu blondu. Ot tak, po prostu. Czyściutka ciekawość. W końcu po coś wymyślili dwa warianty.




Nie da się ukryć, że headmold Twist 'N Turn po poznaniu na żywo naprawdę przypadł mi do gustu. Może ze względu na brak wprawianych rzęs u tej konkretnej lalki - mam wrażenie, że nadają one dość dziwny wygląd całej twarzy... Ale prawdę mówiąc gdyby nawet taka wpadła mi w łapki, to bym nie pogardziła. Bo jak można odpuścić sobie taką fajną mordkę? ;)


* Prawie niewiele, wczorajszy pluszowy nabytek suszy się właśnie na parapecie po lekkim praniu i zapewne w przyszłości doczeka się własnego wpisu, bo to naprawdę przezabawna historia.

czwartek, 19 września 2013

Ballerina odświeżona

Trochę czasu minęło, od kiedy pewna zmęczona życiem Ballerina Barbie z 1976 roku wpadła w moje ręce. Odświeżanie jej przeciągało się odrobinę przez moje lenistwo, ale i dlatego, że niestety brudne kołtuny w 37-letnich włosach to zbyt skomplikowany przeciwnik do zeksterminowania za pierwszym razem. A jak już pannę ogarnęłam, to słoneczna pogoda za oknem powiedziała: "Na razie, spadam" i robienie ładnych zdjęć zrobiło się problematyczne... Ale do rzeczy!

Jak Baśka wyglądała przed, widać na fotkach dołączonych do poprzedniego wpisu na jej temat. Jak się prezentowała podczas kolejnego spa, macie poniżej ;)





Tym razem postanowiłam podążać - względnie wiernie - za tutorialem Rudego Królika. I opłaciło się, bo chociaż czupryny lalki do stanu idealnego doprowadzić się nie da, to efekt był mega.
Panie i panowie, przed wami baletnica czysta, świeża i pachnąca ;)



Z braku sensowniejszych ciuchów tymczasowo przyodziałam ją w jedno z wesołych, koślawych ubranek wydzierganych dawno temu i swego czasu pokazywanych na blogu. Wprawdzie do baletowych piruetów się taka sukienka nie nadaje, ale fajnie wygląda i ładnie komponuje się z białą wstążką, której użyłam do zrobienia Barbie fryzurki zbliżonej do oryginalnej.


Zostały jeszcze do ogarnięcia plamy na nóżkach, które zamierzam za niedługo potraktować metodą "na masło" albo czymś w tym stylu (biorąc pod uwagę, że przegapiłam lato, to zostaje chyba tylko wersja z maścią Benzacne...) i sukienka w stylu oryginalnej, którą kiedyś na pewno uszyję (yyy, ma ktoś wykrój body na ciałko TNT?). Ale i nawet bez tego wszystkiego laleczka nadal mnie urzeka :)
Dlatego na koniec garść fotek za śladami eksperymentowania z aparatem - niby człowiek ma go już od 4 lat, ale ciągle się uczy... Tak czy siak ta Basia to wdzięczna modelka, nawet ze swoimi łapkami pływaczki ;)






P.S. Wczoraj coś mnie podkusiło, żeby spędzić spory kawał popołudnia poza domem, a gdy wróciłam, zgodnie z moimi przewidywaniami zastałam w skrzynce awizo. Wprawdzie nie jestem pewna, który z oczekiwanych nowych nabytków przyniosę do domu (taki żart losu - długi czas nic się nie dzieje, a potem wszystko wpada do mnie na raz), ale bądźcie pewni, że bankowo coś przyniosę ;)

czwartek, 8 sierpnia 2013

Ballerina Barbie (1976)

Życie jednak potrafi jeszcze mnie zaskoczyć.

Ostatnimi czasy dosyć często zdarzyło mi się widzieć przecudnej urody łupy kolegów i koleżanek z 'lalkowej' branży, które wpadały im w łapki ot, przypadkiem, podczas wizyty w zwyczajnym polskim second-handzie. Były to nieraz naprawdę znakomite sztuki, mało popularne lub nieznane całkiem u nas lalki albo i nawet vintage. A ja siedziałam i zazdrościłam po cichutku, irytując się swoim brakiem szczęścia w tej kwestii. Poza dość lekkomyślnie puszczoną w świat Fleurką i przeoczoną przez własną ignorancję Sun Lovin' Malibu Barbie nie napatoczyłam się na w nawiedzanych przeze mnie lumpach na żaden skarb.

Aż do wczoraj.

Podczas wyjścia na zakupy, o tyle tylko niezwykłego, że przy panującym ukropie raczej nikt normalny nie wyściubiałby nosa z domu, wkręciłam się z mamą w rozmowę na ten temat. A właściwie to moją małą litanię narzekań, że u licha, dlaczego u nas w szmateksach nie mogą się pojawiać takie niespodzianki. Więc gdy na horyzoncie pojawił się jeden z takich przybytków, który regularnie odwiedzamy i w którym nigdy nie było barbiowatych lalek, na propozycję wstąpienia na chwilę odpowiedziałam: "... A czemu nie?".

Od razu rzuciła mi się w oczy posadzona już obok wejścia jakaś Baśka, ubrana w obfitą wełnianą suknię domowej roboty i z takimż kapelusikiem opadającym na twarz.* O, tak mniej więcej wyglądała:


Nie licząc na zbyt wiele, z ciekawości podniosłam kapelutek i stwierdziłam, że... no nie, nie wierzę własnym oczom.


Ta mordka i ta korona nie pozostawiały wątpliwości. Po bardzo krótkim namyśle za cenę niespełna 8 złotych panna wylądowała w mojej torebce.
Prawdziwa niespodzianka - ba, możnaby rzec, że nawet lekki szok - czekały mnie po przybyciu do domu, gdy postanowiłam sprawdzić dokładnie w Sieci tożsamość laleczki. Oczywiście wiedziałam, że ta Barbie-baletnica należy do starszych modeli, ale żeby aż tak? Żeby miała 37 lat?
Ballerina Barbie z 1976 roku. Do tej pory nie do końca do ogarniam.


Jak na swój wiek i fakt, ilu właścicieli musiała mieć do tej pory, jest w stanie nienajgorszym. Żadnych pogryzionych rąk, podziurkowanej twarzy, makijażu poprawianego flamastrem... Jedynie główka podejrzanie luźno trzymająca się na szyi, nogi brudne jak po całym dniu grania w piłkę na naszym niegdysiejszym osiedlowym boisku i dziwne odbarwienie na ramieniu.




Na szczęście brud na nogach nie był wżarty w gumę i bezproblemowo zszedł po potraktowaniu wodą z mydłem.
W odkrywaniu tajemnic Balleriny bardzo pomógł mi wpis na blogu Mieszka poświęcony jego egzemplarzowi tej lali. Rozjaśnił mi na przykład moje wątpliwości zarówno co do luźnej główki (zamierzenie producentów zmiksowane ze zmęczeniem materiału), jak i ruchów rąk - odgięte w bok powracają do pierwotnej pozycji, więc myślałam, że może miała kiedyś jakiś mechanizm, który je trzymał. Zaskoczyło mnie z kolei to, że miała również inny, odpowiedzialny za ruchy nóg. A w zasadzie to nadal ma, gdyż przy poruszaniu jedną kończyną druga wciąż reaguje, jedna słabiej, druga lepiej, ale jednak. To tłumaczy "rozklekotanie" lalki w biodrach i obie nóżki wiszące luźno. I jeszcze kolana zginane nie "na trzy", tylko "na pięć" - oba ciągle sprawne!


No i jeszcze nie zapominajmy o tym, kto podał w swojej notce sygnaturę i tym samym podrzucił wisienkę na identyfikacyjnym torciku ;)

Ballerinka niedługo po przyniesieniu do domu przeszła szybkie spa, coby zmyć z niej pierwszy brud i smrodek używanych ciuchów. Jak już wspomniałam, zabrudzenia z nóg zeszły znakomicie (pozostały jedynie pomniejsze plamki niewiadomego pochodzenia), kąpiel pozwoliła też usunąć drobinki brokatu z twarzy i nóg - skąd się tam wzięły, nie mam pojęcia. Niestety włosy wymagały o wiele więcej troski - mycie, próba rozczesania, przy której wyszły na jaw koszmarne, nabite brudem kołtuny, namaczanie w płynie, traktowanie gorącą wodą...


Zabiegi pomogły o tyle, że Barbie przestała być rozczochrana jak piorun w rabarbar. Niestety, ta część czuprynki, która była odsłonięta, jest do bólu zmechacona, zaś ta, która skrywała się wewnątrz oryginalnej fryzury czyli końskiego ogona, zdołała zachować dawny blask. Podejrzewam, że trzeba będzie namoczyć ją jeszcze raz, tym razem na dłużej i w silniejszym roztworze, po czym obmyślić ułożenie uczesania na wzór tego pierwotnego jakoś tak, żeby niedoskonałości zatuszować.



Na powyższych fotkach małe przed i po. Ale niezależnie od efektów buzia tej "staruszki" urzekła mnie na tyle, iż myślę, że warto będzie powalczyć o doprowadzenie jej do porządku ;) Jak i o skombinowanie jej jakiegoś odpowiedniego ciuszka. Myślę o uszyciu czegoś podobnego do oryginalnego tutu i potem czekaniu, aż a nuż widelec pierwowzór gdzieś się pojawi w zasięgu ręki. Gdyby komuś przypadkiem wpadł w łapki, dajcie mi znać, będę bardzo wdzięczna. Ale to w przyszłości.

Tak Daga, zupełnie przypadkiem oczywiście, została szczęśliwą posiadaczką swojej pierwszej Barbie vintage, najstarszej lalki w swoim małym zbiorze i przede wszystkim niezwykle urodziwej laleczki. A to wszystko za jednym zamachem.
NO JA NADAL NIE MOGĘ W TO UWIERZYĆ.

* Swoją drogą dosyć zabawne to wdzianko. Nadal waham się, czy po przepłukaniu puścić je w świat, czy jednak sobie zachować.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Sonia

Teoretycznie lato powinno sprzyjać wygrzebywaniu pomiędzy wakacyjnymi wyjazdami różnych sympatycznych zabawkowych skarbów i robieniu im ładnych fotek na świeżym powietrzu, czytaj balkonie. Ale nie, okazuje się, że jednak nie. Nie tylko ze względu na drastycznie wahającą się pogodę (albo mordercze upały albo pochmurne dzionki z kijowym światłem), ale i sprzęt. Akumulatory do aparatu już od jakiegoś czasu dawały mi się we znaki, ale w czerwcu zdecydowały się paść zupełnie. Na nowe jeszcze przez chwilę nie będę mieć kasy, a baterie zżera zdecydowanie za szybko. No i masz babo placek.

Dlatego nowy wpis dopiero teraz i tylko jeden, bo tylko na tyle starczyło mocy w starych bateryjkach. Ale za to przezacny. Bo o panience tyleż leciwej, co urodziwej.



Oto Sonia. Chociaż zapewne nie zawsze była Sonią, ale to imię nosiła jako ostatnie. Należała niegdyś do mojej mamy, ale nie była w zasadzie używana. Któraś ze znajomych przywiozła ją w prezencie jako pamiątkę z ówczesnego ZSRR w późnych latach 70., kiedy już ani ona ani jej siostra nie bawiły się lalkami. Więc tak sobie stała i czekała. Okazało się, że na mnie, chociaż przede mną była jeszcze starsza kuzynka, która równie dobrze mogła ją dostać. Dlaczego nie - tego do dzisiaj nie wiem. Ale to chyba mało istotne.



Mimo sporej ilości lat zabawy ze mną zachowała się w naprawdę niezłej kondycji i w kompletnym - chociaż nieco nadszarpniętym tu czy ówdzie - stroju, wliczając w to urocze plastikowe buciki. Które zresztą po zdjęciu odsłaniają pierwotny kolor plastiku, z którego zrobiono kończyny...


Mycie na jakiś czas niweluje tę "brudną" różnicę, ale potem ona znowu wraca. Cóż, to chyba po prostu jednak kwestia wieku i paru ładnych lat, podczas których zapewne lala była co najwyżej odkurzana z wierzchu. To samo zapewne odbiło się też na włosach, w połączeniu z wiecznie zawiązaną na głowie tą dziwną czapeczko-chusteczką. Zastanawiam się, jak by je tu umyć i czym, żeby nie dokonać spustoszenia. Jakby ktoś siedzący mocniej w temacie takich lalek coś mógł doradzić, byłabym bardzo wdzięczna.


Sonia należy do lalek "mówiących" - ma w środku specjalny mechanizm, dzięki któremu po przewróceniu z brzuszka na plecy mówi "mama". A właściwie to mówiła, bo urządzenie z wiekiem się wyrobiło i teraz lala wydaje z siebie pozbawione znaczenia gaworzenie w rodzaju "łałała", ale fakt pozostaje faktem.
Kończyny ma połączone z korpusem przy pomocy gumek we wnętrzu ciałka, które przez lata wcale nie sparciały... w przeciwieństwie do gumki, którą pannie wszyto w majtki ;P


Jedno się nie zmieniło - jest śliczna i urzeka detalami wykonania. Nieważne, czy to paznokcie dłoni i stóp, plastikowe długie rzęsy czy absolutnie przecudowne oczy.


Co by nie mówić, to skarb. Zarówno z racji wartości sentymentalnej, jak i ze względu na stare dobre wykonanie, które było w stanie bez większych uszczerbków przetrwać ponad 3 dekady. I chociaż też już od dawna lalkami się nie bawię, a większość dawnych zabawek trafiła do pudeł i szaf, Sonia nadal zajmuje swoje honorowe miejsce w kącie przy oknie. Niech tak zostanie. To najładniejsza Rosjanka, jaką znam.