Wracamy do szafy. Bo ciągle jest tam sporo ciekawych rzeczy. Tuż obok lalek z poprzedniego wpisu znalazła się część mojej wesołej gromadki zabawek z McDonalda. Co zabawne, wszystkie to miniaturki dużych, popularnych zabawek z przełomu lat 90. i 00.
Kolegę po lewej zna chyba każdy. Furby jako jeden z pierwszych interaktywnych zabawkowych stworków doczekał się aż kilku serii swoich małych wersji w Macu. W Polsce były chyba tylko dwie. Mój maluch pochodzi z drugiej, z 2001 roku - można to poznać po plastikowych łapkach. Czarne punkty na jednej to czujniki włączające melodyjkę pod wpływem metalu, zaś pasek na drugiej... cóż, jeśli się miało drugi egzemplarz tudzież przyjaciela, można było je postawić naprzeciw siebie i włączyć jednocześnie. Ja akurat miałam mieszkającą po sąsiedzku przyjaciółkę z dwiema innymi zabawkami z tej serii, więc... :D Chociaż w razie braku moneta o nominale od 1 do 5 groszy też działała. Poza tym po naciśnięciu na brzuszek wydaje dwa różne "furbiowate" dźwięki. Kiedyś nagrałam je na kasetę magnetofonową - jak i dźwięki innych zabawek, swoich i owej przyjaciółki. Niestety z braku możliwości przerzucenia jej zawartości na komputer muszę posiłkować się cudzymi materiałami. Ten filmik ładnie pokazuje bodaj wszystkie egzemplarze z obu edycji wraz z głosami większości, włącząjąc czarnego i pomarańczowego Shelbiego jak te od sąsiadki.
Po prawej... no cóż, kto pamięta? Po sukcesie Furbiego firma Tiger Toys postanowiła wprowadzić na rynek robo-psa ochrzczonego imieniem Poo-Chi. A potem stadko jego kolegów innych gatunków. W McDonaldzie pojawiły się jakoś nie za długo po Furbim, zaś do wyboru były (poza Poo-Chim) kotek Meow-Chi, ptaszek Chirpy-Chi oraz bezimienne rybka, żółw, jaszczurka, mysz i kangur. Ja wybrałam kociaka, ale pamiętam, że dzieciaki z sąsiedztwa miały ptaka i jaszczurkę.
Każdy ze zwierzaków miał swój artefakt w kształcie jakiegoś przysmaku (kość, rybka, liść... świerszcz nawet :D), który przyłożony do czujnika na pyszczku wywoływał dźwięk i świecące się oczy. Niestety w moim siadły baterie, zaś w jedynym wideo, jakie znalazłam, autorowi też musiał się popsuć akurat kot xD Ale uwierzcie na słowo, to było dosyć zabawne - obok kociego miauczenia pojawiało się też psie szczekanie i ptasie ćwierkanie. Przysięgam. Mieliśmy z tego z kolegami z podwórka niezły ubaw.
Ta panna jest dość specyficzna i chyba każdy ją chociaż raz w życiu zauważył. Zwie się Betty Spaghetty, pojawiła się na rynku w 1998 roku i jest prześmieszna. Zginające się gumowe łapki i nóżki, wieeelkie buciory, włosy ze sznurków podobne do dreadów, duże oczy i modne dodatki - tak je można po krótce podsumować. Serii w Macu dorobiła się dwóch i co zabawne, po wpisaniu daty 2003 w Google pojawiają się obie. Tak czy siak, moja Betty pochodzi z tej (foto pożyczone bezczelnie z tej strony).
Panna poza zginalnymi kończynami, obrotową talią i uroczym ekwipunkiem w formie czapki i plecaka ma jeszcze jeden gratis - kręcąc głową w jedną stronę, można skrócić jej fryzurę z długiego kuca do krótkiej kitki. Niby drobiazgi, ale dla dzieciaka to dość, żeby mieć trochę frajdy.
Tę panią za to pewnie niektórzy już kojarzą ;) Tym razem jednak mam znacznie lepsze zdjęcia. Pomijając to, co zawarłam w opisie w tamtej notce - udało mi się dojść, że ta seria zabawek pochodzi z 1999 roku. Na tej stronie opisana jako "szwedzka". No cóż. Mamy szczęście do niszowych edycji, jeśli przypomnę wam o "duńskich" kucach Pony :D
W przeciwieństwie do pozostałych serii tutaj bodaj żadna laleczka nie ma idealnego dużego pierwowzoru. Może to i lepiej? Twórcy mogli puścić wodze fantazji i myślę, że raczej ich pomysły okazały się być udane.
Z tego, co zauważyłam, zbieracze Barbie traktują te figurki raczej pogardliwie. Mnie tam się podobają, a przynajmniej ta moja. Miałam z nią sporo zabawy. Nawet, jeśli nie można zdjąć jej kapelusza.
To tylko ułamek mojego Macowego zbiorku, w sumie wcale nie takiego dużego, ale kurczę - niby człowiek chodził tam z rzadka, to było niezłe święto, a koniec końców po paru latach wychodzi na to, że się nazbierałooooooo, że hoho. No, ale może o tym innym razem ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą McDonald's. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą McDonald's. Pokaż wszystkie posty
środa, 3 kwietnia 2013
piątek, 25 stycznia 2013
Moje małe kuce
Sesja coraz bliżej, Kelly i Rainbow Brite nadal czekają na SPA, a ja siedzę i wałkuję starocie na YT. Ech, leniwcem jestem. W dodatku sentymentalnym. Dlatego dzisiaj jedna z tak zwanych notek planowanych od dawna.
W pokoleniu wychowanym w latach 90. każdy w mniejszym lub większym stopniu jarał się kucykami Pony. No dobra, pewnie prawie każdy, ale nieważne. W ostatnich latach ta moda wróciła za sprawą szaleństwa na punkcie serii "My Little Pony: Friendship is Magic". Skądinąd dla mnie dość niezrozumiałego, bo ta kreskówka (przede wszystkim pod względem graficznym) jest w moim mniemaniu zaledwie marną popłuczyną po klasycznych animowanych kucach - dlatego mimo pewnego uroku powiązanych z nią zabawek pozostaję wierna oryginalnej serii i swoim starym konikom :)
Znakomita część mojej kolekcji to jednak nielicencjonowane figurki. Czyli bootlegi, krótko mówiąc. Ale w tamtych czasach to nie było aż takie ważne. Grunt, żeby był ładny, kolorowy i sympatyczny. Nieskromnie mówiąc każdy z tej grupki spełnia te wymagania :D
Koniki różni mnóstwo rzeczy, przede wszystkim wiek. Starsze mają już kołtunki zamiast grzyw, młodsze jeszcze pachną świeżym winylem. Kilka trafiło do mnie z drugiej ręki. Dwa są z plastiku, jeden z twardej gumy. A wszystkie były bardzo kochane i chętnie zapraszane do zabawy :)
Przedstawienie kilku z nich z osobna wypadałoby zacząć od weteranów. Ta trójeczka trafiła do mnie jako pierwsza - najpierw żółta mama z różową córcią, później zaś, bodaj jako prezent pod choinkę, granatowy kucyk, który z oczywistych względów musiał zostać tatą. Nie mogłam mieć wtedy więcej niż 4 lata. Małemu z czasem wyłysiało niemal zupełnie różowe pasmo z grzywy, a ostatni padł ofiarą moich pierwszych i dzięki bogom jedynych fryzjerskich zapędów. Przez lata skróconą grzywkę i niemal zupełnie wydziubany ogon próbowałam mu wynagrodzić mnóstwem uwagi i tytułem jedynego punka wśród moich kuców :D
Warto zwrócić uwagę na malowane kopytka mamy i córy - nie przypominam sobie takich u żadnego Pony, jakiego widziałam później, a trzeba przyznać, że widziałam ich sporo. Podobne u granatowego to niestety bardziej proteza i zmyślny patent mojego taty, zrobiony kiedy okazało się, że biedny kuń sam nie ustoi.
Ta różowa słodzina, która była prezentem na któryś Dzień Dziecka, ma kilka fajnych cech, które wyróżniały ją zawsze na tle reszty. Nie tylko najpokaźniejsze gabaryty i lekko nieproporcjonalnie dużą głowę, ale przede wszystkim róg, skrzydełka i loki. To było coś! :D Oczywiście, żeby było zabawnie, największy kucyk w grupie został za moich dziecinnych lat ustanowiony mamą najmniejszego kucyka, czyli...
... jednego ze słownie 3 Pony licencjonowanych przez Hasbro. Zdjęcie tego nie oddaje, ale niebieska farbka ma śliczny metaliczny błysk. Pamiętam, że w sklepie był też kucyk o odwrotnym schemacie kolorystycznym (różowa skórka, niebieska grzywka), ale niestety nigdy go nie kupiłam.
W pokoleniu wychowanym w latach 90. każdy w mniejszym lub większym stopniu jarał się kucykami Pony. No dobra, pewnie prawie każdy, ale nieważne. W ostatnich latach ta moda wróciła za sprawą szaleństwa na punkcie serii "My Little Pony: Friendship is Magic". Skądinąd dla mnie dość niezrozumiałego, bo ta kreskówka (przede wszystkim pod względem graficznym) jest w moim mniemaniu zaledwie marną popłuczyną po klasycznych animowanych kucach - dlatego mimo pewnego uroku powiązanych z nią zabawek pozostaję wierna oryginalnej serii i swoim starym konikom :)
Znakomita część mojej kolekcji to jednak nielicencjonowane figurki. Czyli bootlegi, krótko mówiąc. Ale w tamtych czasach to nie było aż takie ważne. Grunt, żeby był ładny, kolorowy i sympatyczny. Nieskromnie mówiąc każdy z tej grupki spełnia te wymagania :D
Koniki różni mnóstwo rzeczy, przede wszystkim wiek. Starsze mają już kołtunki zamiast grzyw, młodsze jeszcze pachną świeżym winylem. Kilka trafiło do mnie z drugiej ręki. Dwa są z plastiku, jeden z twardej gumy. A wszystkie były bardzo kochane i chętnie zapraszane do zabawy :)
Przedstawienie kilku z nich z osobna wypadałoby zacząć od weteranów. Ta trójeczka trafiła do mnie jako pierwsza - najpierw żółta mama z różową córcią, później zaś, bodaj jako prezent pod choinkę, granatowy kucyk, który z oczywistych względów musiał zostać tatą. Nie mogłam mieć wtedy więcej niż 4 lata. Małemu z czasem wyłysiało niemal zupełnie różowe pasmo z grzywy, a ostatni padł ofiarą moich pierwszych i dzięki bogom jedynych fryzjerskich zapędów. Przez lata skróconą grzywkę i niemal zupełnie wydziubany ogon próbowałam mu wynagrodzić mnóstwem uwagi i tytułem jedynego punka wśród moich kuców :D
Warto zwrócić uwagę na malowane kopytka mamy i córy - nie przypominam sobie takich u żadnego Pony, jakiego widziałam później, a trzeba przyznać, że widziałam ich sporo. Podobne u granatowego to niestety bardziej proteza i zmyślny patent mojego taty, zrobiony kiedy okazało się, że biedny kuń sam nie ustoi.
Ta różowa słodzina, która była prezentem na któryś Dzień Dziecka, ma kilka fajnych cech, które wyróżniały ją zawsze na tle reszty. Nie tylko najpokaźniejsze gabaryty i lekko nieproporcjonalnie dużą głowę, ale przede wszystkim róg, skrzydełka i loki. To było coś! :D Oczywiście, żeby było zabawnie, największy kucyk w grupie został za moich dziecinnych lat ustanowiony mamą najmniejszego kucyka, czyli...
... jednego ze słownie 3 Pony licencjonowanych przez Hasbro. Zdjęcie tego nie oddaje, ale niebieska farbka ma śliczny metaliczny błysk. Pamiętam, że w sklepie był też kucyk o odwrotnym schemacie kolorystycznym (różowa skórka, niebieska grzywka), ale niestety nigdy go nie kupiłam.
A tego dziubaska, podarowanego mi przez kuzynkę wraz z małym żółtym kucem w wakacje 1999, w gwarze lalkowej moglibyśmy nazwać 'klonikiem'. Ktoś tu ewidentnie wykorzystał projekt moldu używanego przez Hasbro dla tak zwanych 'baby ponies', wprowadzonych w trzecim roku produkcji figurek (1984-85). Zdjęcia można zobaczyć chociażby na świetnej stronie Ponyland Press i podobieństwo jest nie do zaprzeczenia, z malunkiem oka włącznie. Mimo burych barw i wątłych włosków zawsze miałam do niego słabość. Bo kto mógłby się oprzeć tej słodkiej mordce?
Przeglądając zdjęcia oryginalnych zabawek odkryłam, że to nie jedyny w moim zbiorze kucyk, który prezentuje bardzo mocne podobieństwo do kultowego pierwowzoru...
Duży kucyk jak się okazuje wzorowany był na 'Earth Ponies', zaprezentowanych podczas drugiego roku produkcji (1983-84). Niebieski jest wyraźnie, chociaż nie uderzająco podobny do 'Sweetheart Sisters Ponies' (siódmy rok, 1988-89). Tylko żółty jest taki "sam swój", chociaż w sumie diabli wiedzą... Jak widać na załączonym obrazku do zestawu poza typowymi dodatkami typu grzebyczki i takie tam (których nawet nie fotografowałam, bo są... no cóż, troszkę nudne) dołączono dwie spinki, w kształcie rajskiego ptaka i jednorożca, obie z rootowanymi ogonkami. Zdaje się, że ich kolory zawsze dopasowywano do kolorów mniejszych koników - pamiętam, że z racji zbliżających się urodzin młodszej ode mnie kuzynki kupiliśmy drugi taki komplet, z fioletową mamą, czerwoną większą córą i niebieską mniejszą, gdzie spinki odpowiadały barwami maluchom.
Swego czasu oryginalne Pony zagościły u nas w McDonaldzie... Ja się niestety jakoś nie załapałam, ale na szczęście mamy od lat w Jeleniej we wrześniu Jarmark Staroci, z którego co lepsze ujęcia już drugi rok prezentuję na blogu ;) Obie figureczki, plastikowe z rootowanym włosem i szlifowanymi kamyczkami wprawianymi w oczy, kupiłam w odstępstwie bodaj roku. Balon należy do ciemnoróżowego konika, jasnoróżowy przybył z zameczkiem pierwotnie należącym do widocznego na obrazku białego kuca. Dzięki innej świetnej kucykowej stronie, Dream Valley, okazuje się, że panie noszą imiona Sun Sparkle i Sweet Berry, zaś seria pochodzi z 1999 roku i znana jest głównie jako "duńska", bo w tamtejszych restauracjach zadebiutowała. Innej obrazki można znaleźć również na kucykowej Wiki.
Myślę, że warto też zwrócić uwagę na kilka kuców, których zabrakło na zbiorowej fotografii.
Ta dwójeczka wybitnie różni się od kolegów i koleżanek. Nie tylko wyglądem, ale i świetnymi dodatkami - duży ma plastikowe chomąto i koronę do założenia na róg, a oba - plastikowe, zdejmowalne siodła. Mamusia ma lepsze, bo z półprzezroczystymi skrzydełkami :D
Gdzieś mam jeszcze dwa małe koniki oparte na tym samym moldzie, co ten mały - niestety lub stety kupione, gdy byłam już dość dużą dziewczyną i w związku z czym nigdy nie odpakowane...
Podobnie zresztą jak te dwa, zupełnie nowe (mają po max 2 lata), z pudełkami otwartymi tylko raz czy dwa po to, żeby obmacać konika i zeżreć dołączone doń cukierki. Każdy na pewno widział takie kompleciki kiedyś w pobliskim spożywczaku ;) Co zabawne, żadnego nie kupiłam sama. Oba są od rodziców. Biały na Mikołajki, żółty... nie pomnę. I weź tu człowieku próbuj dorosnąć, kiedy w wieku 20 lat dostajesz od rodziny kucyki w prezencie! Ale nie, nie narzekam, mnie to nawet odpowiada :D
środa, 20 lipca 2011
McDonaldowa Diva Starz Tia (2002)
Znalazłszy przypadkiem na blogu u Privace zdjęcie pewnej skądinąd dobrze znanej mi zabawki wpadłam na pomysł, kogo poczynić bohaterką kolejnej noty ;)
Najpierw trochę teorii. Diva Starz to, cytując za anglojęzyczną Wikipedią, seria fashion dolls wyprodukowanych w sezonie świątecznym w 2000 roku przez Mattel. Lalki miały po około 9 cali, plastikowe ubranka i rootowane włosy. Przy pomocy specjalnych zatrzasków można było umieszczać ciuchy na ciele lalki, a dzięki metalowym stykom lalki reagowały głosowym komentarzem, jakby wiedziały, co mają na sobie ;) Później na fali sukcesu wydano linię o nazwie Diva Starz Fashion Dolls, które miały ubranka z materiału, były mniejsze i bardziej proporcjonalne, a ponadto mogły wygłaszać wcześniej nagranie kwestie. Po kilku sezonach popularność lalek spadła do tego stopnia, że Mattel zrezygnował z dalszej produkcji, by zająć się "podrasowywaniem" Barbie i tworzeniem serii MyScene.
Nie wydaje mi się, żeby te lalki zdobyły większą popularność w Polsce, ale na pewno zagościły w zminiaturyzowanej wersji jako "dziewczyńska" zabawka w restauracjach McDonald's :) Były ich w sumie aż dwie serie, ale zdaje się, że widziałam u nas tylko drugą, z 2002 roku (tutaj zdjęcie i opis pierwszej dla ciekawskich).
Musiałam stać przed bardzo ciężkim wyborem, bo w przeciwieństwie do pierwowzorów te lale były całkiem urocze, ale jakimś trafem wybrałam Murzynkę - Tię (gwoli ścisłości pozostałe to Alexia - blondynka, Summer - rudzielec i Nikki - brunetka).
W realu figureczka prezentuje się znacznie lepiej niż na ulotce. Wielka głowa w zestawieniu z drobnym ciałkiem i leniwie przymrużone oczy sprawiają, że wygląda dość sympatycznie. Niemal całe ciało odlano z plastiku za wyjątkiem rąk z gitarą, zrobionych z gumowatego tworzywa. Po nakręceniu specjalnego pokrętełka z tyłu głowy kiwa głową i zamyka lewe oko. Ta, tylko jedno. Nie wiem, skąd taki pomysł, zwłaszcza, że z tego, co pamiętam, u przynajmniej dwóch pozostałych (na pewno u Alexi) zamykały się oba. Może producenci chcieli, żeby Tia puszczała oczko?
(Gwoli ciekawostki mogę dodać, że Alexia i Summer miały na plecach specjalną wajchę, dzięki której mogły podnosić i opuszczać ręce - u Tii i Nikki trzeba było to robić ręcznie :P)
Laleczka, podobnie jak większy pierwowzór, ma plastikową sukienkę, mocowaną na zatrzaski z boku ciała. Po jej zdjęciu naszym oczom ukaże się małe, zgrabne ciało w nieco mniej wyjściowym, wmoldowanym stroju :)
Nie jest to może najpraktyczniejsza w zabawie figurka, ale ładnie prezentuje się na półce, jak to ma obecnie miejsce u mnie :D Byłam już starszą dziewczynką, gdy wpadła mi w ręce, stąd pewnie jej bardzo dobry stan i prawie zero śladów użytkowania. Ciekawa jestem, czy obecnie jej zdobycie jest trudne - wprawdzie w archiwum Allegro znalazłam ślady aż dwóch ofert z całą czwórką, ale... No, nieważne. Tak czy siak to fajna pozostałość po lalce, o której świat już dawno zapomniał ;)
Najpierw trochę teorii. Diva Starz to, cytując za anglojęzyczną Wikipedią, seria fashion dolls wyprodukowanych w sezonie świątecznym w 2000 roku przez Mattel. Lalki miały po około 9 cali, plastikowe ubranka i rootowane włosy. Przy pomocy specjalnych zatrzasków można było umieszczać ciuchy na ciele lalki, a dzięki metalowym stykom lalki reagowały głosowym komentarzem, jakby wiedziały, co mają na sobie ;) Później na fali sukcesu wydano linię o nazwie Diva Starz Fashion Dolls, które miały ubranka z materiału, były mniejsze i bardziej proporcjonalne, a ponadto mogły wygłaszać wcześniej nagranie kwestie. Po kilku sezonach popularność lalek spadła do tego stopnia, że Mattel zrezygnował z dalszej produkcji, by zająć się "podrasowywaniem" Barbie i tworzeniem serii MyScene.
Obie generacje (zdjęcia z Internetu).
Nie wydaje mi się, żeby te lalki zdobyły większą popularność w Polsce, ale na pewno zagościły w zminiaturyzowanej wersji jako "dziewczyńska" zabawka w restauracjach McDonald's :) Były ich w sumie aż dwie serie, ale zdaje się, że widziałam u nas tylko drugą, z 2002 roku (tutaj zdjęcie i opis pierwszej dla ciekawskich).
Ulotka dołączana do zabawek (zdjęcie z Internetu, moja własna gdzieś jest, ale nie wiem, gdzie :D)
Musiałam stać przed bardzo ciężkim wyborem, bo w przeciwieństwie do pierwowzorów te lale były całkiem urocze, ale jakimś trafem wybrałam Murzynkę - Tię (gwoli ścisłości pozostałe to Alexia - blondynka, Summer - rudzielec i Nikki - brunetka).
W realu figureczka prezentuje się znacznie lepiej niż na ulotce. Wielka głowa w zestawieniu z drobnym ciałkiem i leniwie przymrużone oczy sprawiają, że wygląda dość sympatycznie. Niemal całe ciało odlano z plastiku za wyjątkiem rąk z gitarą, zrobionych z gumowatego tworzywa. Po nakręceniu specjalnego pokrętełka z tyłu głowy kiwa głową i zamyka lewe oko. Ta, tylko jedno. Nie wiem, skąd taki pomysł, zwłaszcza, że z tego, co pamiętam, u przynajmniej dwóch pozostałych (na pewno u Alexi) zamykały się oba. Może producenci chcieli, żeby Tia puszczała oczko?
(Gwoli ciekawostki mogę dodać, że Alexia i Summer miały na plecach specjalną wajchę, dzięki której mogły podnosić i opuszczać ręce - u Tii i Nikki trzeba było to robić ręcznie :P)
Laleczka, podobnie jak większy pierwowzór, ma plastikową sukienkę, mocowaną na zatrzaski z boku ciała. Po jej zdjęciu naszym oczom ukaże się małe, zgrabne ciało w nieco mniej wyjściowym, wmoldowanym stroju :)
Nie jest to może najpraktyczniejsza w zabawie figurka, ale ładnie prezentuje się na półce, jak to ma obecnie miejsce u mnie :D Byłam już starszą dziewczynką, gdy wpadła mi w ręce, stąd pewnie jej bardzo dobry stan i prawie zero śladów użytkowania. Ciekawa jestem, czy obecnie jej zdobycie jest trudne - wprawdzie w archiwum Allegro znalazłam ślady aż dwóch ofert z całą czwórką, ale... No, nieważne. Tak czy siak to fajna pozostałość po lalce, o której świat już dawno zapomniał ;)
poniedziałek, 18 lipca 2011
McDonaldowa Barbie
Korzystając z okazji, że po ostatniej podróży siedzę w domu i marudzę z powodu faktu, iż mam skórę równie czerwoną co sukienka mojej dzisiejszej bohaterki, postanowiłam skrobnąć kilka słów o pewnej bardzo malutkiej Basi, która trafiła do mnie jako dodatek do Happy Meala wiele lat temu. Nie wiem, ile, ale coś koło 9 czy 10 - wpadła mi podczas urządzonych w Macu urodzin mojego kolegi, większość towarzystwa miała na pewno mniej niż dwanaście lat, a w tym roku wszyscy chyba zdawaliśmy maturę, także... dawne dzieje :D Pamiętam, że wtedy były cztery zabawki do wyboru. Dla chłopców z Action Mana albo z Matchboxa, nie pamiętam, ale dla dziewczynek na pewno dwa urocze modele Barbie. Pamiętam, że koleżanka (jedna z dwóch pań na przyjęciu - ja byłam drugą :D) wybrała baletnicę obracającą się na specjalnej podstawce. Ja wybrałam panią w ślicznym, czerwonym kapeluszu...
Zdjęcie niestety nie jest w najlepszej jakości (prześwietlona buzia, w rzeczywistości jest dużo ładniejsza), ale chwilowo nie dysponuję innym ;) Figurka jest z miękkiego tworzywa, trochę gumiastego i ma dość "wątłe", rootowane włosy. Kapelusza niestety nie da się ściągnąć, ale za to można zdjąć sukienkę, pod którą kryje się wmoldowana, biała i krótka sukieneczka na ramiączkach (a może to halka?). Lalka ma obrotową talię, chyba głowę (brak pewności, w tej chwili nie mam lali pod ręką, a i nigdy nie próbowałam jej tym łebkiem kręcić) oraz ręce ruchome w ramionach. Bez podstawki niestety nie ustoi, bo nóżki z wmoldowanymi białymi sandałkami mają za małą powierzchnię, by utrzymać resztę, głównie przez kapelutek ;) Owo czerwone, lekko już u mnie wytarte coś w prawej dłoni to mała, czerwona torebka-kopertówka, podobnie jak haleczka i buty wmoldowana.
W przyszłości postaram się dać więcej zdjęć, a i może naskrobać coś więcej, a na razie uprzejmie zapytuję - czy ktoś zetknął się kiedyś z tą figureczką? Próbowałam coś znaleźć o niej w Sieci, ale po wpisaniu hasła "McDonald Barbie" wujek Google prezentował mi jedynie całkowicie plastikowe figurki albo modele Barbie jako kelnerki z Maca ;) Dołożenie do powyższego słów "red", "hat" albo obu naraz też niewiele pomogło. Ciekawa jestem, czy ten model pojawił się jedynie u nas, czy występował także w innych krajach oraz czy jest to miniaturka jakiejś "normalnej" lalki, a może jest to jakiś "freestyle" na potrzeby tej serii :)
Zdjęcie niestety nie jest w najlepszej jakości (prześwietlona buzia, w rzeczywistości jest dużo ładniejsza), ale chwilowo nie dysponuję innym ;) Figurka jest z miękkiego tworzywa, trochę gumiastego i ma dość "wątłe", rootowane włosy. Kapelusza niestety nie da się ściągnąć, ale za to można zdjąć sukienkę, pod którą kryje się wmoldowana, biała i krótka sukieneczka na ramiączkach (a może to halka?). Lalka ma obrotową talię, chyba głowę (brak pewności, w tej chwili nie mam lali pod ręką, a i nigdy nie próbowałam jej tym łebkiem kręcić) oraz ręce ruchome w ramionach. Bez podstawki niestety nie ustoi, bo nóżki z wmoldowanymi białymi sandałkami mają za małą powierzchnię, by utrzymać resztę, głównie przez kapelutek ;) Owo czerwone, lekko już u mnie wytarte coś w prawej dłoni to mała, czerwona torebka-kopertówka, podobnie jak haleczka i buty wmoldowana.
W przyszłości postaram się dać więcej zdjęć, a i może naskrobać coś więcej, a na razie uprzejmie zapytuję - czy ktoś zetknął się kiedyś z tą figureczką? Próbowałam coś znaleźć o niej w Sieci, ale po wpisaniu hasła "McDonald Barbie" wujek Google prezentował mi jedynie całkowicie plastikowe figurki albo modele Barbie jako kelnerki z Maca ;) Dołożenie do powyższego słów "red", "hat" albo obu naraz też niewiele pomogło. Ciekawa jestem, czy ten model pojawił się jedynie u nas, czy występował także w innych krajach oraz czy jest to miniaturka jakiejś "normalnej" lalki, a może jest to jakiś "freestyle" na potrzeby tej serii :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)