niedziela, 28 września 2014

Jarmark Staroci 2014

Tradycji musiało stać się zadość - kolejny rok z rzędu przynoszę masę zdjęć z mojej ulubionej wrześniowej jeleniogórskiej imprezy. Przy okazji też, jak się okazało, tym razem jedynej sensownej jeleniogórskiej imprezy, ale to już temat na ewentualną inną dyskusję na innym blogu.

Z góry przepraszam Astroni, której od tej ilości obrazków modem skiśnie - bo nawet po odrzuceniu tego, co niezabawkowe, zostało około 30 sztuk.































Niestety ponownie moje łowy były skromne. Piszę "ponownie", bo jakoś tak się składa, że od paru lat zawsze przynoszę tylko z Jarmarku tylko jedną rzecz, podczas gdy niegdyś bywało tego znacznie więcej. W tym roku skończyło się na klasycznym, malutkim wydaniu "Bromby i innych" Macieja Wojtyszki, które w przeciwieństwie do reedycji przed paru lat a) da się włożyć do torebki, b) ma ładne ilustracje.
Lalkowo... raczej nuda. Głównie współczesne Barbie, trochę Disneyowskich księżniczek, czasem jakaś Monsterka, a najwięcej to i tak klonów xD Trudno jednak spodziewać się czegoś innego po dzieciach wyprzedających niepotrzebne rzeczy. Gdzieś mignęła mi Steffi starszego typu, ale że to nie moje poletko zainteresowań, pozostała na straganie. U kogoś innego widziałam nowszą Baśkę wciśniętą w sukienkę od Totally Hair Barbie i chociaż początkowo zrezygnowałam - bo kiecka jedna z fajniejszych, ale po co mi reszta - po jakimś czasie zdecydowałam się wrócić i zaproponować kupienie samego wdzianka za cenę lalki (każdy by na to poszedł, dam głowę, że każdy), ale młodych sprzedających już nie zastałam. No cóż, no cóż, no cóż. Jak to mawiają - takie lajf.

sobota, 13 września 2014

Były sobie figurki

To naprawdę zabawne uczucie, gdy podczas sprzątania na dysku i szykowania zdjęć do zgrania na płytki odnajdujesz folder z fotkami, które zaczęłaś robić z myślą o blogowej notce... rok temu. Tak. Wszystkie mają datę 2 sierpnia 2013. Wprawdzie jestem typem, który często odkłada coś na potem i w efekcie kończy to faktycznie o wiele później niż planowano, ale to jednak lekkie przegięcie...

Najlepsze jest to, że mniej więcej pamiętam okoliczności tej sesji, w tym i powód jej przerwania. Chciałam wykorzystać słoneczny dzień, coby obfocić kolejne skarby z moich szaf rodem. Nie przewidziałam jednak tego, że ów dzionek okaże się być zbyt słoneczny, temperatura dojdzie do ponad 30 stopni, ja tak się spocę, że aparat będzie mi się ślizgał w dłoniach, a i akumulatory z powodu przegrzania odmówią posłuszeństwa. Dlatego nie obrobiwszy całości tak, jak to planowałam, zeszłam w cień, a sprawę postanowiłam dokończyć nazajutrz. Oczywiście zapomniałam.
Dlatego do rzeczy.


Gumowe figurki popularnych postaci z kreskówek. Każdy, kto wychowywał się w późnych latach 80./wczesnych 90. to zna. Ci drudzy mimo wszystko w jakby lepszym wydaniu, ale nie uprzedzajmy faktów. Ja dzięki temu, że odziedziczyłam po starszej kuzynce trochę takich typowo "osiemdziesiętnych" figurek, miałam i mam całkiem namacalne porównanie.



Zacznijmy od gumowych wersji Kaczora Donalda i jego niezidentyfikowanego siostrzeńca. Wprawdzie kolor koszulki sugerowałby, że to Hyzio, ale kto może wiedzieć, czym kierował się malujący - u figurek z tego okresu trafny dobór farbek nie zdarzał się aż tak często. Nie mam również bladego pojęcia, dlaczego teoretycznie mały kaczorek jest o pół głowy wyższy od swojego wujaszka. Drugie zdjęcie dodałam, aby pokazać lepiej stan daszka od czapki, który zapewne spotkał się kiedyś z dziecięcymi zębami. Zaznaczę, że nie moimi. Ja wolałam ołówki i kredki.



Słabo widoczne napisy na stopach obydwu kaczorów dają pewną wskazówkę, co do ich pochodzenia. Wychodzi na to, że odlano je w formach dość bezczelnie zdjętych ze skądinąd naprawdę dobrych figurek niemieckiej firmy Bullyland, wówczas znanej jako po prostu Bully. No cóż, takie pirackie czasy były...

Zdjęcia oryginałów pożyczone z ebay.com. Różnica jest jednak uderzająca. No i Hyzio tak naprawdę jest Dyziem. Cóż.

W praktyce wychodzi, że odlewy jednak nie były do końca dokładne - o ile Bullylandowy siostrzeniec zdaje się stać bez problemów, klonik utrzymuje równowagę na słowo honoru, a najczęściej bezceremonialnie ląduje na dziobie.


Jednak lwią część mojego zbioru stanowią Smerfy. Mimo, że z serialu wyrosłam dosyć szybko, dodatkowa ilość figurek dla dziecka zawsze jest okej. Zwłaszcza, że nikt nie zobowiązywał do przestrzegania prawideł pierwowzoru w zabawie... w efekcie czego moje Smerfy kończyły najczęściej tocząc wojnę w okopach z drewnianych klocków - z postaciami Disneya, z Gargamelem, a zdarzało się, że nawet z samymi sobą xD
Tutaj szczęśliwie bohaterowie są do siebie podobni, może za wyjątkiem biednego Klakiera. Jakkolwiek wchodzenie w szczegóły nie wychodzi tu na dobre tak naprawdę nikomu.



Osiłek (obdarty tu i ówdzie z niebieskiej farby - nie do końca dobrze zniósł eksploatację), chociaż ma odpowiedni tatuaż, wygląda trochę, jakby ktoś chciał zrobić z niego Człowieka Dwie Twarze z uniwersum Batmana :D Miało to w sumie dobre strony w trakcie zabawy, ale musicie przyznać, że jest to trochę śmieszne.


A ten flecista w ogóle wygląda... dziwnie. Spróbujcie spojrzeć mu w oczy. Flet zdaje się kiedyś pokryty był srebrną farbą, której resztki zachowały się na ustniku.


Druga "transza" gumowych Smerfów w rzeczywistości trafiła do mnie jako pierwsza, w stanie NRFB i w sposób dość typowy dla wczesnych lat 90. - kupione na bazarze "u Ruskich". Nie da się ukryć faktu, że ich pochodzenie trochę widać po jakości... Z różnych gatunkowo tworzyw, pomalowane dość niedokładnie, każdy jakby innym rodzajem farby. Ale wtedy to nie było ważne. Grunt, że się pojawiły i można było się nimi bawić. No i Gargamel. Posiadanie tego łysiejącego faceta w zbiorze figurek nie było aż takie powszechne.


W efekcie wszystkich tych niedoróbek, które wymieniłam, na przykład ten kucharzyk (czyżby jakiś wariant Łasucha?) wygląda, jakby ubrudził sobie nos niesionym przez siebie kurczakiem i dlatego ronił łzę xD Niestety z utrzymaniem równowagi też bywało różnie. Wbrew temu, czego można się spodziewać oglądając tylko zdjęcia, nie wywracał się po stronie talerza, ale po stronie... swojego zadka. Źle wyprofilowane nogi robią swoje.



Mimo, że naprawdę szybko wyzbyłam się brzydkiego nawyku niszczenia zabawek, niektóre figurki padały ofiarami moich dziwnych dziecięcych eksperymentów. Nie chciałam ich psuć, ale weź tu w wieku kilku lat oprzyj się pokusie sprawdzenia, co Smerf uznany za Zgrywusa ma w swoim prezencie? Albo jak Gargamel rozkroiłby niebieskiego stworka, gdyby wreszcie go dorwał i mógł w spokoju skonsumować? W dodatku na nieszczęście tego jednego delikwenta, wśród mojej w gruncie rzeczy niedużej kolekcji filmów wideo był odcinek serialu, w którym Żabole miały wesoły plan oskubania elfów ze skrzydełek, a Smerfów z braku czegokolwiek sensowniejszego z ich "małych, niebieskich ogonków". Efekty tych wszystkich operacji widzicie na załączonych obrazkach. A to wszystko dokonywane powoli i delikatnie drewnianym nożykiem do smarowania, dołączonym do opakowania popularnej wtedy margaryny. Szczęście w nieszczęściu, że przestałam, zanim zaczęłam siać nadmierne spustoszenie na tym biedaku.


Smerf z pieniążkiem uniknął takiego losu i przetrwał w stanie niemal nienaruszonym, jeśli nie liczyć lekkich otarć złotej farby, którą przecież tak fajnie się dotykało setki razy.
Tylko, że...


... już w fabryce sprzedano mu mało przyjemny prezent - ktoś nałożył za mało gumy i przez to koleżka ma wyjątkowo nieładną dziurę w czapce.



Oooo, a tej pani należy się dłuższe przedstawienie. Chociaż podobnie jak paru jej kolegów zawsze miała problemy ze staniem prosto, a z wiekiem pod wpływem używania zaczęła jej pękać wyprostowana ręka, zdawała się mieć u mnie szczególne względy. Bo przecież to Smerfetka-kowbojka! Jej animowany pierwowzór chyba nigdy nie osiągnął takiego poziomu fajności. Gumowa dziewoja została ochrzczona imieniem Smerfina i spędzała czas na walce z potworami, wspinaczkach w niebezpiecznych miejscach i porywaniu księżniczek :D Wklęśnięcia z przodu stóp to właśnie efekt jednej z takich przygód, kiedy wpakowała się na zrobionego z szelek węża. A to były mocne szelki. Z metalowymi klamrami.

Po latach udało mi się dojść, że obie grupy moich smerfowych figurek również są kopiami - tym razem egzemplarzy produkcji firm Schleich i Bullyland. Pod tymi linkami możecie znaleźć fotki niektórych oryginałów na całkiem ciekawym blogu z vintage'owymi gumowymi Smerfami: klik, klik, klik, klik, klik, klik.



Niestety sesyjka urywa się na Gumisiach. Jak widzicie, udało mi się po trochu skompletować całą drużynę, za wyjątkiem Kabiego. I lunety Zamiego, którą powinien był mieć ;) Z tego, co pamiętam, nie były aż tak tanie, ale za to jakościowo - marzenie! Może dlatego, że markowe. Zgodnie z informacjami znalezionymi w Sieci wyprodukowała je firma Applause, znana nam w Polsce chyba głównie z zabawek z legendarnych katalogów Brio. Chociaż wystające elementy z czasem potrafiły się odłamać. Wałek Buni był sklejany, Grafi jak widać stracił czubek swojej maczugi. Nie definitywnie, leży odłożony w bezpiecznym miejscu i czeka, aż znajdziemy jakiś patent, żeby to nareperować.
Widoczne niedobory farby to efekt kolejnego mojego doświadczenia z lat dziecinnych. Otrzymawszy na początku podstawówki własne biurko z lampką, postanowiłam zobaczyć, co się stanie, jeśli poprzykładam Gumiśki do zapalonej żarówki... Na szczęście szybko się zorientowałam, że to nie był najlepszy pomysł, także gromadka ma tylko parę przytopionych plamek, a ja przez kilka lat odrabiałam lekcje przy świetle posmarowanej czymś kolorowym żarówki.

Być może kiedyś się ogarnę i sfotografuję z bliska resztę gromadki, okraszając ujęcia kolejnymi anegdotkami. Dowiedzielibyście się, kto miał odłamane ucho i parę lat przeleżał schowany w ozdobnej cukierniczce, kto - podobnie jak biedny Zgrywus - był nacinany nożykiem do margaryny, komu poprawiałam krzywy malunek korektorem, komu wcisnęłam na nos pierścionek mamy i nie mogłam potem zdjąć... Kiedyś na pewno. Ale obiecuję, że nie będziecie czekać na to kolejny rok ;D